Catch Me If You Can


09-09-2007 00:17:24
Heh, dla mnie też Towering Inferno to płyta krótko mówiąc słaba :)

07-09-2007 18:51:57
No. Bo w Godfatherze sporo jazzu ;)

07-09-2007 18:22:17
Oj jak czytam ten mój komentarz to rzeczywiście mogliście mnie źle zrozumieć. Chodziło mi o to że nie trawię jazzu w muzyce filmowej Williamsa. Tak naprawdę to sprzed okresu sprzed “Gwiezdnych Wojnach” nie ma za dużo genialnych płyt tego kompozytora, poza tym ani “Złap mnie...”, ani “Sabrina” nie są moimi ulubiponymi ścieżkami. Oczywiście to nie wszystkie nowsze soundtracki w których nawiązywał do jazzu, ale chyba te najbardziej charakterystyczne. Jeszcze co do starszych krążków to ubóstwiam jeszcze tylko (poza kultowymi “Szczękami”) “Akcję na Eigerze”. Chociaż płyta strasznie krótka, opiera się praktycznie tylko na jednym temacie i miejscami jest niewątpliwie jazzowa, straszliwie mi przypadła do gustu. Nie mogę tego natomiast powiedzieć chociażby o “Valley of the Dolls”, “The Towering Inferno”” czy “The Man Who Loved Cat Dancing”. Nie trawię jeszcze bardziej niż takiej muzyki u Williamsa, czysto jazzowych piosenek, które gdy tylko słyszę od razu wyłączam radio (oczywiście również istnieją wyjątki). Faktem jest też że taka muzyka zwyczajnie nie jest w moim typie i nieporównywalnie więcej moich ulubionych płyt charakteryzuje sie symfonicznym brzmieniem. Nie oznacza że po takie płyty wcale nie sięgam. Często są to ścieżki Ischama, rzadziej coś starszego (ze względu na małą dostępność), ale nie zamykam się na żaden kierunek którym dążą ścieżki dźwiękowe. Jeszcze tak na marginesie czy to nie dziwne że muzyka filmowa jest chyba najszerszym gatunkiem muzyki, a potrafi zadziwić praktycznie z każdej ze stron. Mamy w końcu genialnee minimalistyczne partytury JNH, klasyczne brzmienie mojego ukochanego Williamsa, wspaniałe łączenie elektroniki i orkiestry Goldsmitha, muzykę która w ogromnym stopniu jest tworzona za pomocą komputera (Zimmer), a nawet muzykę srebrnej ery w której od czasu do czasu nawety fan symfoniki od czasu do czasu zagląda. Tak więc bardzo proszę mnie do grona fanatyków czy twardogłowych nie zaliczać. Zwyczajnie mam swoje ulubiony styl i płyty (jak każdy), które jednak po ciągłym słuchaniu znudziły by się. W końcu ile można słuchać “Conana”, “Gwiezdnych Wojen”, “Ojca Chrzestnego”czy “Dobrego, złego i brzydkiego”?:DD

06-09-2007 23:34:37
Żeby tylko Bullitta. Porażająca część twórczości Schifrina, niejedna perełka Ishama, Chinatown i Tajemnice LA Goldsmitha, Hoodlum Bernsteina, Nieugięci Grusina, masa arcydzieł Manciniego z Różową Panterą i Śniadaniem u Tiffanyego na czele, czy Hazardziści Younga... Całe stado must know i must have.

06-09-2007 18:09:25
hmm, czyli jeśli dobrze rozumiem to nie trawisz Bullitta i masy innych partytur z tamtego okresu? No cóż, moim zdaniem wiele tracisz

06-09-2007 16:39:33
Do tego nieszczęsnego klimatu nawiązałem ponieważ znam wiele osób które nie trawią jazzu w muzyce filmowej (w tym siebie;). Jakoś zawsze wolałem pełne symfoniczne brzmienie i mocne podłoże tematyczne. Tak naprawdę to przed analizą muzyki Williamsa chciałem wystawić płycie trójkę bez żadnych plusów, bo ta porostu mi nie leżała. Dopiero w miarę wgłębiania się w nią zorientowałem się że każdy z utworów osobno jest bardzo dobry (warto wpleść je do ulubionej playlisty) , a jednak w całości krążek nie jest aż taki przyjemny (stąd wrażeniometr taki a nie inny). Co do piosenek jak już pisałem trochę nie podchodzi mi taka muzyka (jeśli już piosenki to wolę coś mocniejszego), a wrażeniometr to coś bardzo subiektywnego ( tylko przy “Come Fly with Me” zastanawiałem się czy nie dać 5). Co do panującego w latach 60-tych rock'n'roll'a to nawet w filmiku dołączonym do recenzji jest mowa, że w tym czasie jazz był bardzo popularny ;)

06-09-2007 13:28:42
Też nie za bardzo rozumiem podjazd w stronę jazzu. Jak kino długie i szerokie, ten gatunek zawsze miał ogromny wpływ na muzykę filmową, także wśród obrazów, których akcja wcale nie rozgrywała się w pierwszej połowie XX wieku. Po za tym jazz wcale nie jest powiązany z latami 60 - tutaj zdecydowanie bardziej królował rock'n'roll i pochodne. Spostrzeżenie więc niezbyt udane. Po za tym jednak trudno nie zgodzić się z oceną końcową - a nawet wrażeniometrem (poza piosenkami, te są świetne). Ma on oceniać poszczególne kompozycje, ale wcale nie jest powiedziane, że ich suma stanowić będzie o świetnej płycie. Jak Mefisto dobrze zauważyłeś kłopotem jest tu monotonia.

06-09-2007 02:20:04
Jak na 3 to sporo czwórek na liście :P
Ale zgadzam się - co prawda nie wiem czemu na początku zwalasz wszystko na to, że to jest jazz, bo problem leży w tym, że to partytura zwyczajnie monotonna, choć tematy ma fajne. Tak samo nie wiem czemu ganisz piosenki - to przecież same legendy, a to że nie pasują do Williamsa to chyba nie ich wina :D
Ale ogólnie recenzja sympatyczna.