« 1 2 3 4 5 ... 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 30 31 32 33 34 »
Nick:nina_haldirowa Dodano:2003-05-14 17:45:44 Wpis:Nina wasza wierne ma depresje i napisała coś takiegobrzydkie)

A teraz czas na ból
cierpienie puka do mych drzwi
otwieram drzwi, a ono?
weszło
wszystko co dobre w nieznane odeszło
za Tobą
teraz staję przed lustrem
i widzę cień
to ze mnie zostało
widmo dawnej ja
i tylko przez Ciebie
nikim staję się
zapadam w zapomnienie
żal, tęsknota, zawód
one rządzą sercem mym
i...
poczucie winy
czuję winną się
za odejście Twoje
zawiodłam się
na Tobie
na sobie
na wszystkich którzy kiedyś kochali mnie
a teraz
odeszli w zapomnienie
razem z Tobą
nikogo już przy mnie nie ma
w samotności czekam
na wieczny sen
na słodki smak ukojenia bólu,
rządzącego duszą mą
despotycznie
a więc teraz jestem nikim
nic juz nie obchodzi mnie
a to wszystko przez tę miłość
przez nią cierpię
ale koniec już blisko
łyk wina
z odrobiną ukojenia
to już koniec,
tym razem tryumfuje ja...

No więc kończę i idę na anglika. Lecę, papapa. Całuski dla wszystkich od...
Niny!!!!!!!!!!!!!!
Nick:nina_haldirowa Dodano:2003-05-13 22:50:58 Wpis:Uwga, Big, kochana sssssssycząca i w ogóle nina idzie tropem Haldirki i wpisuje opowiadanko, śmieszne.

"Opowiadanko śmieszne"

Pewnej cichej i spokojnej nocy w Lorien dało się słyszeć pewny głośny, wkurzający i rozdzierający tę piękną noc krzyk, który brzmiał mniej więcej tak
-Aaaaaaaaaaaa pająk!!!!!!!!!!!Nienawudzę pająków, zabić to cośśśśśśś!!!!!!!!!!!!!
I wtedy do pubu "Nad piejącym kogutem" wszedł on. Wielki, potężny, silny, bohaterski( itp., itd.) Haldir i...potknął się na progu rozgniatając sobą pająka.Wtedy z drugiego końca pubu doszedł przerażający i zmrażający krew w żyłach krzyk
- Za pająka! Angar!
Okazało się, że to tylko mały Aragorn, wkurzony na całego o zabicie jego ukochanej tarantuli. I wtedy do pubu wszedł Wiedźmin. Co Wiedźmin? Tego nie było w scenariuszu, wynocha mi stąd, a sio,sio!
No tak lepiej (to był czas na kupienie sobie popkornu).No więc na czym my to skończyliśmy? Aha.
Już wiem.
I wtedy do pubu weszły:
-Haldirka-boss Nas wszystkich
-Nina- stworzona do jednego celu:To destroyed the world of man
oraz
-Craig-musiał iść podpatrzeć Haldira, aby nauczyć się go kopiować.
Całe to zabójcze trio weszło poubierane w czarne płaszcze, ciemne okolary i czarne, wypolerowane buty. Wtedy to Nasz boss-Haldirka-powiedziała
-Dawać mi tu natychmiast wieszak i trzy cole na koszt Haldira
-I lody z truskawkami i bitą śmietaną-dodała Nina, po czym powiedziała do Craiga-tam masz Haldira, możesz iść się popatrzyć i czegoś nauczyć.I właśnie wtedy stało się coś naprawdę okropnego. Aragorn przyprowadził swoją zapasową tarantulę i rozkazał jej rozgnieść Haldira, wmawiając jej, że to za ojczyzne idzie na ten samobójczy bój. I nagle, całkiem niespodziewanie boss-Haldirka wyciągnęła wielki, zapuszkowany środek owadobójczy, na którym napisane było:"Dozwolone od lat 18-stu"i prysnęła nim prosto we wredną, szowinistyczną tarantule, na co tarantula zrobiła kaput.Gdy tylko Craiguś to zobaczył, to podszedł do Haldirki i powiedział:
-Do you speak english?
na co ona odpowiedziała:
-Ile razy mam Ci powtarzać, żebyś nie mówił do mnie w tym walniętym języku!!!!
-Przepraszam, chciałem się zapytać, czy polecisz ze mną na Marsa?
-Jasne, a kupisz mi bilet??
-Jasne!No to jedziemy!Papa wszystkim!Pa Ninuś!
-Pa Ninuś, trymaj się-powiedziała mi boss-pamiętaj o Twoim wielki zadaniu czyli...
-Wiem, wiem, mam wmówić ludziom, że są bateriami, aby kupowali Red bulla!Papa, bawcie się dobrze!
Gdy tylko wyszli, Nina wyciągnęła swoją spluwę, którą zrobiła pif paf prosto w Aragorna, który padł bez tchu na podłogę
-To za tarantulę, a poza tym przecież od dziecka papcio Rondel wmawiał mi, że zostałam stworzona do jednego celu:To destroyed the world of men!
-Coś Ty zrobiła!!!!!A co z trzecią częścią!Teraz król nie wróci! Wszystko zepsułaś!
-Nie cykaj Hal, obudzi się za 15 minut, to tylko środek na owady.
-Aha, to fajnie, no to możemy polecieć na Jowisz?
-Jasssne, ale Ty stawiasz!
-Okej, te barman! Masz tu napiwek, za dobrą zabawę,papa.
No i tak oto skończył się ostatni z 1999 odcinków serialu pt.: Jak skutecznie zabić tarantulę
THE END
-k****, mówiłam żeby nie dawać tego przeklętego języka, zmienić to!!!(to nasz boss)
no więc na specjalne życzenie bossa
FIN
-Tylko nie francusssssski!!!!!!!!!!!!!!!Wredne żabojady!
No cóż Ninuś, to boss decyduje, może innym razem, w nagrodę dostajesz pyszne lody z truskawkami i bitą śmietaną.
No to teraz już na serio
Aaaaaaaaaaa mrówka!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
FIN
(zapraszamy na nowy serial w TV fantasy pt.: "Aaaaaaaaaaa mrówka!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
(mam talent )
Nick:Srebrna Dodano:2003-05-13 20:19:32 Wpis:Meg, spełniam prośbę i piszę Niepokorną ale na razie nie mogę dużo przepisywać, bo mnie łokieć boli.
Nick:Megana Dodano:2003-05-13 12:28:42 Wpis:Srebrna.... buuu.... niby dobrze się kończy, ale i tak jestem zdewastowana... sreb, ja nerwowa jestem.... ja poprosze coś łagodnego, jakiś balsam dla duszy....bez okrucieństw i tak dalej...kraina łagodności, wiesz..chlip....
Nick:Haldirka Dodano:2003-05-12 22:19:08 Wpis:Dawno, dawno temu na dzikim zachodzie...
Do kawiarni wszedł Haldir w kowbojkach. Wyjął pistolet i zrobił pif, paf.Nikt jednak nie wiedział, że jego nabojami były zatrute strzały(bardzo orginalny pomysł). Haldir trafił w plecy Voldemorta. Przepraszam nie ten film, w Saurona.Wtedy barman powiedział:
-posprzątać mi tego trupa
W tym momencie weszła pani gienia i zgarnęła starca na szufelkę( ale zajeżdżał)
Haldir podszedł do lady i powiedział wskazując na Haldirkę i Ninę:
-dwie cole i lody z truskawkami polane bitą śmietaną dla tych dwóch pań w kącie.
Po dłuższej rozmowie z pięknymi elfkami(niby się nie chwalę), zabrał je do swojego cabrioletu i pojechał do 10-gwiazdkowego hotelu. Tam spotkał Gandalfa, który dał mu małą miksturkę. Po chwili z jednego przystojniaka były dwa. Razem z Niną byłyśmy bardzo zadowolone, każda wzięła sobie jednego. I tak żyli długo i szczęśliwie, przez wiele epok. W końcu na Ziemię spadł meteoryt, ale Haldiry miały statki kosmiczne, więc uratowły mnie i moją przyjaciółkę. Polecieliśmy na inną planetę. Mieliśmy dużo dzieci. Nasze dzieci nazywały się :
-Maldirka
-Aldirka
-Raldirka
-Sardilka
Wzięliśmy pierwsze litery z ich imion, i tak powstał Mars. To był naprawdę wspaniały ród. Zostały z niego jeszcze na świecie tylko 3 osoby. Haldirka(Karolina),Nina(Olga),Haldir(Craig). Te trzy osoby mogą zmienić naszą rzeczywistość, ale jak...
Nick:Haldirka Dodano:2003-05-12 18:26:10 Wpis:Dawno się nie wpisywałam. Trzeba nadrobić straty.Więc powiem to co wszyscy już dawno wiedzą. Craig(i Haldir) to najwspanialszy, najseksowniejszy, najpiękniejszy anioł na Ziemi(poza mną oczywiście). Jego oczy przyprawiają mnie o zawał, a jego głos o dreszcze. mmmmmmmmm. Mam na niego ogromną chrapkę!!11
Nick:Aireimladiel Dodano:2003-05-12 11:01:57 Url:to sie kiedys napisze Wpis:DO BABAJAGI!!!
KOCHANA MOJA KIEDY MOŻNA SIĘ SPODZIEWAĆ 4 CZĘŚCI TWEJ OPOWIEŚCI???
Nick:Lass(elanta) Dodano:2003-05-11 20:35:12 Wpis:Do Rozsmieszonej: ja tez wolę swoich znajomych erotomanów od ciebie!!! Opowiadania Babyjagi i Hotbeast sa bombowe, bo po prostu sa czaderskie i fajosko się je czyta
mam już jedno swoje które nadaję się do wystawienia, premiera juz niedługo pozdrówka for everybody
właśnie wsuwam czekoladki
serio serio
Nick:nina_haldirowa Dodano:2003-05-11 15:22:47 Wpis:Sreb, świetne te Twoje opowiadania!Na prawdę! Serce Czempiona jest po prostu piękne,świetne i w ogóle, wysyłaj je do Yagi i do Ani, aby umieściły to na swych stronch. I wielkie dzięki za wstawiennictwo, jeśli chodzi o tą Isę ,Narazie koffani
Nick:Ania_Black Dodano:2003-05-11 08:30:54 Url:http://www.haldir.website.pl Wpis:chlip, jak mi się ciężko czyta te opowiadania w księdze........ Ale daje sobie radę hehehe.
Sebrna - piękne opowiadanie.
Poza tym rzadko zaglądam do księgi i chyba zaległości już nie nadrobię
Nick:Srebrna Dodano:2003-05-10 19:36:29 Wpis:No dobrze... Napisałam całe opowiadanie...

Serce Czempiona + słowniczek

Serce Czempiona

Kim jestem? Nie pytaj, bo nie jestem już w stanie odpowiedzieć. Kiedyś byłem pół-elfem, pół-człowiekiem. Teraz, sam nie wiem… Gdzie się urodziłem? W maleńkiej wiosce przy szlaku do Jaruny. Mieszkałem z ojcem- karczmarzem. Matkę zabili zbóje. Ojciec przeżył szok i długo nie mógł się pozbierać. Ja też. Nie rozumiałem, dlaczego to zrobili. Tak bestialsko i okrutnie, bardzo blisko naszej wioski. Poszła do lasu po jagody. Znała miejsca, gdzie rosły najpiękniejsze. I nie wróciła. Ojciec poszedł jej szukać. Znalazł. Nigdy więcej nie chodził do lasu. Nie pozwolił mi jej zobaczyć i nie mówił o jej śmierci. Później powiedział, że to dlatego, bo była elfem. A ludzie nienawidzą elfów. Martwił się o mnie. Zamykał w domu, żeby nie stała mi się krzywda. W końcu tylko ja mu pozostałem. Ale wszystkie jego nadzieje legły w gruzach. Zaczęło się od starca imieniem Gaes.

Ojciec jak zwykle stał przy wyszorowanym szynkwasie. Z uśmiechem witał wchodzących, których nie było zbyt wielu. Padało, a po niebie przetaczał się grom. Siedziałem w kącie i z ciekawością przysłuchiwałem się rozmowom. Interesowały mnie wieści dochodzące ze świata. Jeden z gości głośno rozprawiał na temat potrzeby podwojenia liczby patroli na traktach. Zgadzałem się z nim całkowicie. Pamiętałem, co spotkało moją matkę. Nagle drzwi otwarły się przez szum deszczu dał się słyszeć turkot kół odjeżdżającego wozu. Do ciepłej, mrocznej izby wszedł pomarszczony staruszek z laską w ręku. Gwar w karczmie przycichł stopniowo. Przybysz rozejrzał się uważnie i zdecydowanym krokiem podszedł do szynkwasu. Strząsnął z brody krople wody. Odezwał się świszczącym głosem.
- Karczmarzu jedno piwo i najtańszy ciepły posiłek.
Siadł ciężko na najbliższej ławie. Oparł o stół laskę i tobołek, który miał na plecach. Przyglądałem mu się ciekawie. Mimo sędziwego wieku poruszał się pewnie i miękko. Nosił szerokie, czarne spodnie i wysokie buty ze skóry. Czarną kamizelę z wyhaftowanym czerwonym wzorem spinała duża brosza. Siwe włosy spleciono na modłę elfów. Pomału w karczmie zaczęły odzywać się pojedyncze głosy.
- Co robisz ojczulku na szlaku w taką pogodę?- Zapytał ktoś z głębi sali.
- Szukam syna chłoptasiu. Zabrali mi go, gdy był w wieku tego dziecka.-Wskazał na mnie.
- A kto go zabrał? Może my go widzieliśmy Opowiedzcie ojczulku o tym.
- To bolesna historia. Uprowadzili mi jedyne dziecko. Moja żona wkrótce później umarła z żalu. Mieszkaliśmy w górach. Pracowaliśmy spokojnie, nie wadziliśmy nikomu. Darzono nas szacunkiem i zaufaniem. Spotkało nas wielkie szczęście. Żona urodziła nam syna. Piękne to było dziecko! Żywe srebro. Ale gdy skończył piętnaście lat wydarzyło się nieszczęście. Pracowaliśmy w polu, gdy na drodze pojawiło się dziesięciu jeźdźców w czarnych kapturach. Jechali prosto na nas. Syn odpoczywał na miedzy. Jeden z nich chwycił go i przerzucił przez siodło. Drugi rzucił nam pod nogi sakiewkę złota. Powiedział, że to za syna. Nie przyjąłem pieniędzy. Wykrzyczałem im, co o tym myślę. A oni najechali na mnie końmi. Przywódca pochylił się nademną. Widziałem wyraźnie pozbawione bieli białek oczy. Wysyczał mi do ucha, że dziecko zabierają ludzie z oddziałów Szarych Cieni, jako zapłatę za opiekę, którą sprawują nad nami Czempioni. Uderzył mnie i odjechał. Słyszałem krzyk syna. Byliśmy zrozpaczeni. Kiedy dwa lata później umarła moja żona, wyruszyłem, aby go odnaleźć. Jednak błąkam się od ponad trzydziestu pięciu lat i nie natrafiłem na jego ślad.
W izbie zapadła cisza. Milczeliśmy wszyscy. Współczułem temu starcowi. Stracił rodzinę. Wiedziałem, co to znaczy i ojciec też. W końcu ja nie miałem matki, a on żony. Wbiłem wzrok w klepisko. Poczułem na ramieniu ciężką dłoń ojca. Podał mi tacę z jedzeniem i kufel najlepszego piwa.
- Idź synu. Zanieś temu nieszczęśnikowi i nie żądaj pieniędzy, nawet gdyby chciał zapłacić.
Podszedłem do starca, zręcznie lawirując między stołami. Postawiłem przed nim posiłek. Spojrzał na mnie smutno. Do końca życia zapamiętam te oczy, o złotych jak jesienne liście tęczówkach.
- Proszę to na nasz koszt.- Uśmiechnąłem się ciepło.
- Dziękuję ci synku. Przypominasz trochę mojego Rabasza…
- Ja też straciłem kogoś bliskiego. Moją matkę zabili zbóje.
- Twoja matka była elfką?
- Tak… Ale skąd pan wie?
- Masz elfią urodę. I te szpiczaste uszy. Gdyby nie to, że nie nosisz łuku i noża za pasem, oraz tak spokojnie tu sobie siedzisz, to pomyślałbym, że jesteś elfem. Długo przebywałem między nimi. To dobry lud. A ludzie niszczą go, bo nie rozumieją i boją się.
Był bardzo bystry. Rzeczywiście miałem urodę elfa. Duże, czarne oczy, trójkątną twarz, śniadą cerę i bujną, popielatą grzywę włosów. No i oczywiście uszy. Starałem się je zakrywać, bo ludzie traktowali mnie wrogo, a dzieciaki rzucały kamieniami. Starzec położył mi dłoń na ramieniu.
- Prześladują cię za twój wygląd… Nie martw się, skończą kiedyś. Tak bardzo przypominasz mi syna… Ale on nie był pół-elfem. Weź to.- Wepchnął mi do ręki wisior na srebrnym łańcuszku.- Weź to i zapamiętaj jedną rzecz. Zawsze bądź wierny swojemu sumieniu i choćby nie wiem, co się działo, dąż do celu. Nie daj się złamać.
Rzekłszy to, przestał się mną interesować. Pochylił się nad miską i łapczywie połykał pachnącą potrawkę. Wróciłem do swojego kąta za szynkwasem. Do izby weszli kolejni przyjezdni i ojciec poszedł zbierać zamówienia. Siadłem na niskim stołeczku i rozchyliłem palce. Na dłoni leżał wisior w kształcie czarnego smoka z jeźdźcem na grzbiecie. Błyskotka była tak starannie wykonana, że mogłem rozróżnić pojedyncze łuski na grzbiecie gada, a nawet fałdy ubioru postaci. Założyłem klejnot na szyję. Nie wiedziałem, że właśnie rozpoczynam swoją drogę. Starzec zjadł, podziękował i odjechał rozpłynąwszy się tym samym jak mgła. Nigdy więcej go nie widziałem, ale zapamiętałem jego słowa.

Lato tego roku było chłodne i deszczowe. Siedziałem w domu i patrzyłem na szary gościniec oraz przejeżdżające z rzadka wozy. Cisza w moim pokoju chwilami stawała się nie do zniesienia. Kiedy żyła matka zawsze słychać było jej dźwięczny śpiew. Ojciec od rana przebywał w karczmie. Ni miał dla mnie czasu. Pewnego dnia słońce zagościło nad naszą wioską. Mogłem wyjść na dwór. Przemknąłem w cieniu ukrywając się przed wzrokiem innych. Byłem bardzo blisko drogi do Jaruny, gdy usłyszałem za sobą cichy głos. Obejrzałem się i zobaczyłem czwórkę młodych elfów. Ivor, Kwosz, Faroth i Kano. Sieroty koczujące w pobliżu zamieszkałych osiedli. Lubiłem ich. Oni nie traktowali mnie wrogo, mimo, że byłem w połowie człowiekiem. Kano trzymał w rękach długi łuk.
- Caedmil dalnie!*
- Caedmil!
Uśmiechnąłem się. Lubili mnie. Nazywali „dalnie”, braciszkiem. Potrafiłem mówić po elficku. Matka uczyła mnie tego języka od maleńkości. Często spotykałem się z elfami. Wśród nich nosiłem też inne imię. Ludzie mówili do mnie Karahsz. Elfy nazywały mnie Velkyn- Niewidzialny. To imię nosiłem później już zawsze. Pobiegłem z nimi. Wyruszali na polowanie. Cicho przemykaliśmy przez gęstwinę lasu. Dla mnie była to wspaniała zabawa, ale oni zdobywali pożywienie. Nie przeszkadzałem im zresztą. Znaliśmy się o zawsze. Pomogli mi ukoić ból po stracie matki, a później nauczyli władać ich bronią. Ivor gestem kazał nam się zatrzymać. Napięli cięciwy. Strzały zaszeptały w powietrzu przeszywając dwie sarny. Elfy uśmiechały się.
- Inbalne calnii.*
Cieszyli się, ponieważ zdobyli zapasy na najbliższe kilka dni. Oprócz nich w obozie mieszkało pięć elfek. Faroth szybko ćwiartował mięso. Zarzucili sobie łup na plecy. Ja też wziąłem do niesienia spory ciężar. Szliśmy tuż przy drodze. Nagle dobiegł do nas tętent. Moi przyjaciele spojrzeli na mnie z lękiem.
- Bauth dalnie!
Nie mogłem uciec. Odkrzyknąłem im, żeby się ukryli. Ba drodze pojawiło się dziesięciu jeźdźców w czarnych kapturach. Zatrzymali się przy mnie. Czułem oddechy i ciepło ich koni. Odwróciłem głowę. Głos, który do mnie przemówił, przywodził na myśl syk strzały wypuszczonej z ukrycia. Zadrżałem.
- Witaj chłopcze… Czy nie wiesz jak daleko jest stąd do Caer?
- Nie panie.
- Jesteś sam? A gdzie twoi rodzice?
- Ojciec jest w karczmie w wiosce.
- A matka?
- Ona nie żyje.
Nie wiem dlaczego odpowiadałem na te pytania. Głos hipnotyzował mnie. Nie mogłem się ruszyć.
- Jesteś pół-elfem?
Przełknąłem ślinę. Szykowałem się na cios, który jednak nie nastąpił. Z rozpaczą pojrzałem w stronę lasu.
- A nie boisz się tak chodzić? Sam…
- Nie wiem panie. Trochę…
Jeździec zaśmiał się strasznie. Pozostali zawtórowali. Zebrałem się na odwagę i spojrzałem na nich. Ten najbliższy zwrócił na mnie oczy. Wrzasnąłem przeraźliwie. Były czerwone. Ale nie tylko tęczówki. Całe, od brzegu do brzegu. Jezdni znów wybuchnęli gromkim śmiechem. Wspięli olbrzymie konie i zawrócili na drogę do Jaruny. Usłyszałem cichnący krzyk.
- Uważaj Velkyn, bo może cię ktoś porwać!
Opadłem na kolana. Przerażone elfy podbiegły do mnie. Ivor złapał mnie za ramię.
- Z’vess?*
- Hila Ivor… Hila…*
Podniosłem się lekko.
- Z’hin.*
Wziąłem ponownie moją porcję mięsa na ramiona. Zeszliśmy z traktu. Nie chcieliśmy, żeby ktokolwiek nas zobaczył. Zatrzymaliśmy sie przed dwoma jodłami. Kwosz zagwizdał cienko. Ujrzałem kasztanowłosą Mistle. Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Zerwałem kwiat i podałem go jej. Zarumieniła się i spuściła oczy.
- Esseuth minne!*
Pomogłem im oporządzić zdobycz. Zaprosili mnie na posiłek, ale odmówiłem. Musiałem wracać do domu. Cicho szedłem w stronę wioski. Usłyszałem przyspieszony oddech. Mistle podbiegła do mnie. Pocałowała w policzek i podała pierścionek z rzecznymi perłami.
- Esseuth minne.- Powtórzyła.
Pomachała mi na pożegnanie. Nigdy już się nie spotkaliśmy.

W karczmie było gwarno. Wsunąłem się kuchennymi drzwiami i nie zwracając na siebie uwagi przemknąłem do pokoju. Słyszałem głos ojca i śmiechy dochodzące z sali. Słońce zachodziło złotym blaskiem. Zasnąłem przytulony do szyby. W nocy nawiedziły mnie koszmary. Zobaczyłem moich elfich przyjaciół uciekających przed jeźdźcami. Mistle opadającą w kurz drogi. Czarną smugę dymu na jasnym niebie.

Obudziłem się drżący i zlany potem. Świt wstał szary, ale nie padało. Ojciec pozwolił mi wyjść na dwór. Biedak, nie przeczuwał co się stanie. Szedłem jak zwykle tuż przy trakcie. Szukałem elfów, ale nigdzie ich nie było. Powietrze zamarło. Nie poruszył się ani jeden liść na drzewach. Dostrzegłem ciemną plamę na pisku, obok dwie mniejsze. Przyklęknąłem i zanurzyłem palec w dziwnej substancji. Była czerwonobrunatna. Krew. Pobiegłem za tropem. Nie musiałem odchodzić daleko. W cieniu rozłożystego dębu, na zielonym mchu leżał Ivor. Jego jasne włosy rozsypały się wokół głowy złocista aureolą. Do boku przyciskał czerwoną i wilgotną już szmatę. Oddychał ciężko. Upadłem przy nim na kolana. Łzy spływał mi po twarzy. Elf popatrzył na mnie i wyszeptał cicho.
- Squaess dos. Ira Velkyn. Iszra’el. Derieadh doss que. Va fail… Arse…- Zaklął- Ir’udus…*
Uśmiechnął się przepraszająco.
- Sarn phlor velderinne…*
Głowa opadła bezładnie na mech. Ręka zsunęła się z boku ukazując ciętą ranę. Musiał cierpieć. Dotknąłem jego dłoni. Nie mogłem uwierzyć, że mój przyjaciel tak po prostu odszedł. Jego ostatnie słowa. „sarn phlor velderinne”… Czy to możliwe, żeby spotkał się z jeźdźcami? Nie zastanawiałem się długo, bo odpowiedź uzyskałem prawie natychmiast. Usłyszałem głuchy łomot kopyt. Nie myśląc wiele zerwałem się do ucieczki, ale wnet chwyciły mnie silne ręce i przerzuciły przez siodło. Usiłowałem się wyrwać, jednak nie dałem rady. Patrzyłem na ziemię umykającą pod końskimi kopytami. Rzucało mną we wszystkie strony. Chciałem krzyczeć, ale gdy tylko otworzyłem usta zrobiło mi się niedobrze. Jeździec podciągnął mnie do góry i przycisnął do siebie. Teraz mogłem wrzeszczeć, jednak dłoń w czarnej rękawicy stłumiła mój głos. Pędziliśmy w szaleńczym tempie. Dostrzegłem kolejnych pięciu jeźdźców. Jeden miał przywiązanego do siodła elfa. Przyjrzałem mu się uważnie i wydałem z siebie zduszony jęk. To był Faroth. Stracił przytomność. Ten, który mnie wiózł zatrzymał konia. Zeskoczył lekko na ziemię. Zdjął mnie z siodła. Spojrzałem prosto w te straszne oczy. Nie wiem kim był, ale na pewno nie człowiekiem. Sięgnął o mojej szyi. Wyciągnął łańcuszek z wisiorem. Twarz zmarszczyła się gniewnie.
- Gdzie jest twój znak? Ten, który nosisz, nie należy do ciebie.
- Nie wiem o czym mówisz panie.
- Jak zwykle. Zdejmują je i chowają, myśląc, że bez tego nie uda nam się znaleźć bachorów.- Wskazał na dwóch swoich towarzyszy.- Jedźcie do wioski i znajdźcie znak tego chłopaka.
- Nie!- Krzyknąłem. Jeździec zamachnął się i wymierzył mi straszny cios w głowę. Zemdlałem.

Obudziłem się już w drodze. Miałem związane ręce. Na szyi zaciśnięto pas ze skóry. Jeździec, który mnie wiózł trzymał w ręce wisior. Elfa na koniu z mieczem w rękach. Zrozumiałem, że tym kimś mam zostać, że zostało to przewidziane przed moim narodzeniem. Dużo później uświadomiłem sobie, dlaczego ojciec tak nie chciał, abym opuszczał dom. Ale oni i tak czekaliby. Jeżeli nie udałoby się im złapać mnie na drodze, to weszliby do domu. Patrzyłem z bólem na sylwetkę jeźdźca przed sobą. Trzymał ona Farotha. Mój przyjaciel miał związane, tak jak ja, ręce, ale usta przesłaniał knebel. Nie walczył już. Możliwe, ż przedtem stawiał im zacięty opór i dlatego tak go poturbowali. Nie dane mi było się tego dowiedzieć. Na postoju siedziałem uwiązany jak pies, z daleka od niego. A później nasze drogi rozeszły się. On trafił do oddziałów Krwawej Gwiazdy, ja do Szarych Cieni.

***************************
Wędrowaliśmy długo. Niewiele pamiętam z tamtych dni, prócz tego, że przepełnione były udręką. Do porywaczy dołączyło jeszcze sześciu innych. Każdy wiózł jedno dziecko. Zobaczyłem ją wtedy. Starszą niż ja, wysoką, szczupłą, o niesamowicie błękitnych oczach i kruczoczarnych włosach. Była półelfka, tak jak ja. Nazywała się Lara- Mewa. Kiedy opuścili nas jeźdźcy zdążający do Naev’de, pozwolono nam ze sobą rozmawiać. Podszedłem do niej i zapytałem jak się czuje. Powiedziała, że dobrze, ale ja wyglądam okropnie. Nawiązała się między nami nić sympatii która przerodziła się w miłość i trwała do ostatniej chwili, w której mogliśmy jeszcze kochać. Jechaliśmy przez niezamieszkane tereny. Po raz pierwszy znalazłem się w górach. Szare skały czyniły na nas przygnębiające wrażenie. Jeźdźcy nie wiązali nam już rąk. Nie mogliśmy uciec. Siedzieliśmy przed nimi wpatrzeni w ponury krajobraz przed nami. Obserwowałem Larę. Widziałem jak kuli się w ramionach jeźdźca. Dostrzegałem srebrne łzy spływające z jej oczu. Zaciskałem pięści w bezsilnej złości. Na postojach siedziałem przy niej i pocieszałem, jak tylko potrafiłem. Tęskniła. Mieszkała z rodzicami i trójką rodzeństwa w elfiej wiosce. Jej matka była człowiekiem. Dziewczyna zaufała mi. Opowiedziała o swoim życiu. Rozumieliśmy się. Tak samo nas szykanowano, taką samą darzono niechęcią. Ale Lara była szczęśliwsza odemnie w swoim życiu. I dlatego więcej straciła.

Tego dnia wyjechaliśmy na ścieżkę, która doprowadziła nas do naszego przeznaczenia. Konie lekko szły po kamienistej drodze. Szare głazy porastał rdzawy mech. Było cicho, zawsze. Wreszcie stanęliśmy przed wrotami olbrzymiej, posępnej twierdzy. Brama otwarła się. Kraty podniosły, ukazując kilka postaci ubranych w identyczne stroje o takich samych odcieniach szarości. Jeźdźcy zeskoczyli z koni, ustawili nas rzędem. Na szyi każdego z jeńców lśnił wisior. Lara miała znak maga. Drżała. Ubrani na szaro strażnicy stanęli przed nami. W oczach nie było żadnych uczuć. Wydawali się bezwolnymi lalkami. I tacy byli w rzeczywistości. Podgatunkiem nie wartym uwagi, nie godnym uczuć. Usłyszałem wtedy głos zimny jak lód i ostry jak nóż. Patrzyliśmy na ukrytą w cieniu, bardzo wysoką postać.
- Pogrupujcie ich według znaków. Elfy i pół- elfy razem. Ma być porządek.
Szarzy strażnicy wykonali polecenie automatycznie. Chwyciłem Larę za rękę i poszliśmy za nimi. Ciężkie drzwi zamknęły się za nami, a drogę naszego szkolenia w oddziałach Szarych Cieni naznaczyły srebrne łzy mojej ukochanej.

***************************************
Każda sekunda, minuta i godzina spędzona w An’givare wypełniona była bólem i upokorzeniem. Ćwiczyliśmy walkę, bezwzględność, nienawiść do świata. Podsycano to w nas, aż przemieniliśmy się w dzikie bestie. Pamiętam te chwile, kiedy umysł rozpadał się na kawałki, a ciało mdlało pod uderzeniami bata. Za każdy źle wykonany rozkaz, opieszałość lub okazaną słabość czekały straszliwe kary. Po raz pierwszy zrozumiałem, co to znaczy ból i głód. Leżałem zwinięty w kłębek na kamiennej posadzce mojej celi i wyłem, wyłem jak pies. Po korytarzach niosły się straszliwe krzyki i jęki. Lara cierpiała na równi ze mną. Zadawali nam ból i uczyli sprawiania go innym. Ćwiczyli nas bez litości, sami jej od nas nie oczkując. Nie raz zdarzało się, abym oszalały z bólu i poniżenia zabił któregoś z nich. A później, gdy umęczeni staliśmy się posłuszni, zaczęło się kształtowanie naszych ciał, na ciała Czempionów. Pamiętam to, choć chciałbym zapomnieć. Otworzyły się drzwi do mojej celi. Ledwo się wlokłem, po ostatnim biciu. Szarzy strażnicy założyli mi jak zwierzęciu smycz na szyję. Kazali wstać bezbarwnym głosem. Nie mogłem. Choć wiedziałem, że spotka mnie okrutna kara, nie podniosłem się. Zadano mi cierpienie, którego nigdy jeszcze nie doznałem. Niejednokrotnie miałem zaznać jeszcze tego bólu. Półżywego zawlekli do sali. Pamiętam mikstury spadające na moją poranioną skórę, wypełniające duszę i ciało ogniem. Lochy rozbrzmiewały moim wrzaskiem. Kiedy skończyli, zmieniłem się na zawsze. Stałem się prawie Czempionem. Rozpoczął się przedostatni etap mojego szkolenia. Walczyłem. Nie chciałem się poddać. Zaczęto wypleniać z nas uczucia takie jak miłość, czy przyjaźń. Pozostawiali jedynie pogorzelisko nienawiści, grozy, bólu i cierpienia. Bili. Ale nie pozwalali stracić przytomności. Musieliśmy cały czas czuć ból. Żyłem ze świadomością, że cierpię dzisiaj, będę cierpiał jutro, a to pasmo udręk nigdy się nie skończy. Wielu z nas nie wytrzymywało. Popadali w obłęd. Mnie też niewiele brakowało. Ale zdarzyło się coś, co zadecydowało o moim losie. O mały włos nie stałem się Czempionem.

Świst bata niósł się w powietrzu. Piasek na arenie był brunatny od krwi, takich jak ja, delikwentów. Zawyłem znowu, gdy ukuty w stal rzemień spadł na twarz. Koszula zwilgotniała i przesiąkła, a krew strużkami spływała po ciele. Wreszcie puścili mnie i charcząc opadłem na piach. Nie mogłem wytrzymać bólu i upokorzenia. Stale faszerowali mnie mnie eliksirami i zaklęciami. Zacząłem się poddawać już dawno, a dziś po raz ostatni pomyślałem o kapitulacji. I nagle z woreczka, który zawsze nosiłem na szyi wypadł pierścionek z rzecznymi perłami. Klejnocik zalśnił na wilgotnym piasku. Promienie słońca zapłonęły białym ogniem. Przypomniałem sobie o domu. W głowie zabrzmiały słowa starca. „Zawsze bądź wierny swojemu sumieniu, choćby nie wiem, co się działo, wytrwale dąż do celu. Nie daj się złamać.” Poczułem, że wygasające we mnie uczucia, zaczęły tlić się na nowo. Nigdy nie odrodziły się do końca, ale czasem czułem to, czego nie powinien czuć Czempion. I postanowiłem, że się nie poddam.

Zacząłem uczyć się zabijać. Magią i własną ręką. Byłem zdolny. Tak zdolny, że w ciągu krótkiego czasu, moi trenerzy zaczęli się mnie bać. Ich lęk objawiał się agresją. Odczułem to boleśnie. Bardzo rzadko spotykałem Larę. Ona nie była tak odporna. Jej oczy pomału przestały wyrażać uczucia. Wiedziałem, że jej miłość do mnie najprawdopodobniej już mnie nie kocha. Zabili w niej miłość. Patrzyłem przez kraty jak walczy. Nie okazywała litości. Ostatni etap mojego szkolenia wyniszczył mnie do końca. Była najgorszy ze wszystkiego. Zostaliśmy przygotowani, trzeba było wybrać najlepszych. Do tego została stworzona arena. Miejsce, w którym eliminowani byli słabi. Do końca swoich dni będę się wstydził tego, co robiłem. Wciąż budzę się w nocy na wspomnienie koszmaru. Walczyłem i zwyciężałem, ale nie zawsze zabijałem pokonanego. I za to mnie karali. Spędzałem całe dnie w zimnej, ciemnej klitce, bez wody, bez jedzenia. Były głosy szepczące do uszu. Doprowadzali mnie do szaleństwa, miotałem się po swoim więzieniu jak dzikie zwierzę. Nie mogłem znaleźć ujścia dla swojej furii nigdzie indziej, niż na arenie. Toczyłem pianę z ust i walczyłem rękami i zębami. Kiedy przyszedł do mnie szary strażnik, sam jeden, myślałem, że mam halucynacje. Ale to nie było złudzenie. Jednak za nim stał ktoś, kogo twarz widzę w najgorszych koszmarach. Nadszedł czas ostatniej próby. Wiłem się po posadzce, orząc kamienie palcami. Jak wielu przede mną, bo widać było na niej białe linie. Rzucił czar. Tak po prostu. Zaklęcie, które rozbijało mój umysł w drzazgi. Sprawiało, że przestawałem być istotą, panem samego siebie. Choć nie zadano mi fizycznego bólu, czułem się jak po najgorszym biciu. A on stał nademną patrząc z zainteresowaniem. To było najgorsze. Jego ciekawość naukowca, co się dzieje z istotą, której umysł pomału rozdziera się na strzępki. A gdy cofnął czar pochylił się i szepnął mi do ucha.
- Poddajesz się ,Velkyn?
Nie poddałem się. Rzucał zaklęcie jeszcze kilkakrotnie, a ja wiłem się w męczarniach. Za którymś z kolei razem nie miałem już siły krzyczeć. I znów zapytał.
- Będziesz jeszcze walczył, Velkyn?
Nie… Nie mogłem już dłużej walczyć. Wybełkotałem błaganie o łaskę. Tamten uśmiechnął się triumfalnie. Stałem się Czempionem. Maszyną, która na ślepo wykonuje każdy rozkaz. Atakowałem na jedno gwizdnięcie. Nie czułem nic. Zmodyfikowane przez zaklęcia i różnego rodzaju preparaty ciało było wytrzymalsze, potężniejsze i sprawniejsze os ciała dowolnej istoty. Wyostrzone przez eliksiry zmysły pozwalały reagować z niezwykłą szybkością. Zyskałem dodatkowe zmysły, zdolność prawie natychmiastowej regeneracji uszkodzonych tkanek. Stworzony w ten sposób mógłbym żyć wiecznie. Ale za jaką cenę… Miałem się o tym przekonać.

Wszedłem na arenę. Pomieszczenie o wysokich ścianach przyłączone było do cel. Kraty we wrotach opadły za mną. Słyszałem bicie mojego serca. Czekałem na przeciwnika. Słońce już zachodziło. Jego czerwone promienie wpadały smugami przez wysoko umieszczone, okratowane okna. Zobaczyłem ich. Stali obok siebie. Drgnęło we mnie uczucie, że kiedyś ich znałem, ale stłumiłem je w sobie. To się nie liczyło. Ważny był rozkaz. Spojrzałem na przeciętą dwoma bliznami twarz czarnowłosej czarodziejki, o niesamowicie błękitnych oczach. Obok niej, na wysokim karym koniu siedział elf. Patrzył na mnie z nienawiścią. Jego szata była czerwona jak krew w gwiazdą na piersi. Wyciągnął miecz. Stanąłem w miejscu. W myślach usłyszałem głos „Zabij”. Sprężyłem się do skoku. W dłoni zalśnił długi nóż. Czarodziejka wysyczała zaklęcie. Kula energii pomknęła w moją stronę. Lekko odskoczyłem przed czarem. Wyskandowałem swoje. W jej stronę posunęła się niewidoczna fala. Piasek pod nią topił się z sykiem. Odbiła go, ale w stronę stojącego obok jeźdźca. Koń stanął dęba i runął na ziemię. Pomyślałem, że mam o jednego przeciwnika mniej, ale elf zdążył zeskoczyć na ziemię. Wyłonił się z chmury kurzu. Miecz zaświszczał w powietrzu mijając mnie o cal. Złożyłem dłonie do znaku. Broń wypadła mu z ręki. Unieruchomiłem go. Uderzyłem nożem, wbijając aż po rękojeść w pierś elfa. To było proste. W jego gasnących oczach zobaczyłem coś znajomego. Usłyszałem głos.
- Va fail Velkyn. Na’eni.*
Czarodziejka zamarła. A ja pochyliłem się nad jeźdźcem w czerwieni. Zagłuszona pamięć odezwała się potężną siłą.
- Faroth?
Patrzyłem na zaciętą twarz elfa, szukając podobieństwa do dawnego przyjaciela. Dostrzegłem. Poczułem ostry ból. Zapachniało przypaloną skórą. Czarodziejka zaatakowała. Nagły przypływ pamięci minął. Znów stałem się Czempionem. Założyłem znak i wyskandowałem niezwykle skomplikowane zaklęcie. Zablokowałem jej moc. Nawet największy mistrz nie zdjąłby tego czaru bez pomocy. A Czempionie nie pomagają sobie nawzajem. Nie szkolono ich do tego. Czarodziejka jednak była przygotowana. Ona również wyciągnęła nóż. Walczyła świetnie. Ale ja byłem szybszy. Wymienialiśmy ciosy tak szybko, że zwykłe oko nie było w stanie dostrzec naszych ruchów. Uderzyłem, przecinając skórę na jej ramieniu. Przez ułamek sekundy dostrzegłem w jej oczach ból. Uskoczyłem przed zakrzywionym ostrzem. Ciąłem, zadając śmiertelną ranę pod żebra. Osunęła się na ziemię, przyciskając dłonie do rany. I wtedy w błękicie jej tęczówek i czerni źrenic ujrzałem miłość. Uderzyło to mnie, powalając na kolana. Odrzuciłem nóż. Zacisnąłem rękę na jej ramieniu. Z moich zniekształconych uczuć wyłonił się poszarpany strzęp miłości. Pamięć ponownie wróciła. Choć nie zostałem zraniony, w mojej duszy ziała ogromna rana. Wyłem, pełen rozpaczy, bólu i nienawiści do wszystkich, którzy nam to zrobili. Chciałem wtulić twarz w czarne włosy Lary. Zakaszlała, plując krwią. Objąłem ją. Wiedziałem, że mogę, że nikt nas nie obserwuje. Zobaczyli, co chcieli.
- Velkyn- szepnęła- Kochałam cię… Zawsze…
Zabiłem moją ukochaną. Zrozumiałem, że poniosłem porażkę. Dotkliwą stratę. Najbliższe mi osoby zginęły z mojej ręki. Już prawie przypieczętowałem swój los. Ale pojąłem też, że świadomość mojej przegranej daje mi jeszcze szansę. Nie musiałem stać się Czempionem. Nie mogłem pozwolić, żeby umarła ostatnia część mojej duszy. Żeby po imieniem Velkyn kryła się tylko maszyna do zabijania. Potrafiłem grać rolę Czempiona. Postanowiłem to wykorzystać. Zrozumiałem czym jest jego serce. Przeszedłszy pełne szkolenie, przestawał być czymkolwiek innym. Przestawał być istotą. Nie miał własnej duszy, własnej duszy, własnego sumienia. Energię czerpał z bólu, nienawiści, bólu, furii i szaleństwa. Zrozumiałem, że muszę chronić ocalałą cząstkę mojej duszy, by nie stać się Czempionem. Lecz by przetrwać musiałem udać, że moja metamorfoza wypełniła się. Bardzo chciałem pożegnać najbliższych, ale powstrzymałem się. Wcieliłem się w bezduszną maszynę, jaką jest Czempion. „Wracaj” usłyszałem. Wróciłem posłusznie i nie opierając się pozwoliłem się zamknąć w mojej celi. Czekałem. Walczyłem na arenie jak Czempion, zimno i bez emocji. I czekałem. Nadszedł ten dzień. Zgromadzili wszystkich Czempionów. Niewielu nas zostało. Większość nosiła na sobie ślady przeżytych cierpień. W oczach widniała widmowa udręka. Niektórzy byli zdeformowani. Ale najlepsi. Staliśmy sztywno w dwóch szeregach. I pojawili się, nasi panowie. Ludzie, którym mieliśmy być ślepo oddani. Bo Czempioni to zabawki w rękach możnych. Wściekłe bestie, które na gwizdek miały rozszarpać gardło buntownika. Usłyszałem swoje imię. Wystąpiłem z szeregu. Spojrzałem na wysokiego mężczyznę o szczurzej twarzy i drapieżnych oczach. Dotknął mojego policzka. Zajrzał w wyzute z emocji źrenice. Pokiwał głową.
- Jesteś teraz własnością lorda Hav’caern.
Poszedłem za nim. Dostałem konia i miecz. Wyjechaliśmy z murów An’givare, w których spędziłem dziesięć lat życia. Wszedł w nie piętnastoletni chłopiec, wyjechał dwudziesto- pięcioletni mężczyzna. Straciłem tam wszystko.

Po tygodniowej wędrówce zjechaliśmy w dolinę. Lordowi towarzyszyło kilku gwardzistów, ale odsuwali się odemnie z lękiem. Byliśmy blisko miasteczka D’yaebl, gdy zatrzymała nas maleńka elfia dziewczynka. Na widok jej błagającego spojrzenia drgnęły we mnie uśpione uczucia. Stanąłem przy koniu i wpatrywałem się w nią. Usłyszałem zimny głos Hav’caerna.
- Zabij ją.
To był pierwszy i ostatni rozkaz mojego pana. Odezwał się mój szósty zmysł. Pochwyciłem dziecko w ramiona i wskoczyłem na konia. Powietrze zaszumiało od strzał. Omal nie zostałem trafiony. Mój lord został przeszyty sześcioma strzałami. Nikt nie przeżył. Gdy wszystko ucichło postawiłem małą na ziemi. Miałem zamiar odjechać, ale zza drzew wyłoniły się wynędzniałe postacie elfów. Patrzyli na mnie z lękiem.
- Na’eni de dos. Mire Blath.*
Po raz pierwszy ktoś mi podziękował. Zapytali, czy chcę zostać z nimi. Zawahałem się, ale podeszła do minie Blath i dotknęła pokrytej bliznami dłoni.
- Caemn…
Zostałem z nimi. Pielęgnowana pamięć i sympatią, jaką darzyły mnie elfy, pozwoliły mi pokonać w sobie większą część Czempiona. Moje zniekształcone uczucia pomału wracały do normy. Ale nigdy nie oczyściłem się z lat spędzonych w An’givare. Na zawsze pozostała skaza. Użyte do transformacji eliksiry i zaklęcia przytłumiły moją wrażliwość, zmieniły mój wygląd, ale zwiększyły też umiejętności. Ale to nie przeszkadzało elfom. To bardzo tolerancyjna rasa. Broniłem ich przed ludźmi i Czempionami. Już nie porywali dzieci. Poznałem piękną elfkę o imieniu Gvalach’ca, która podbiła moje zmaltretowane serce, choć nigdy nie zapomniałem o Larze.

********************************
Opieram się o pień drzewa. Moja żona siedzi obok mnie. Na jej dłoni lśni pierścionek z rzecznymi perłami. Uśmiecha się do mnie cudownie. Na ciemnogranatowym niebie lśnią srebrne gwiazdy. Ziewam szeroko. Zasłaniam dłonią czarne oczy elfki.
- Daerme.*
- Daerme.
Mrużę oczy. Wyczulony słuch wychwytuje łopot skrzydeł nocnego ptaka. Czuję satysfakcję. Dziś ponownie zmniejszyłem liczbę Czempionów. Szare Cienie już nie porywają elfich dzieci. Będę z nimi walczył, dopóki nie trafię na silniejszego…

Słowniczek:
Caedmil dalnie- witaj braciszku.
Inbalne calnii- będziemy mieli co jeść
Z’vess- jak się czujesz
Hila- dobrze
Z’hah- idziemy
Esseuth minne- jesteś kochany
Bauth dalnie- uciekaj braciszku
Squaess dos- przepraszam cię
Ira- tak
Iszra’el- umieram
Derieadh dos que- kończy się moje życie
Va fail- żegnaj
Ir’undus – boli
Sarn phlor velderinne- uważaj na jeźdźców
Na’eni de dos- dziękujemy ci.
Mire Blath- uratowałeś Blath
Daerme- dobranoc
Nick:Srebrna Dodano:2003-05-09 20:20:09 Wpis:Serce Czempiona cz II

Wędrowaliśmy długo. Niewiele pamiętam z tamtych dni, prócz tego, że przepełnione były udręką. Do porywaczy dołączyło jeszcze sześciu innych. Każdy wiózł jedno dziecko. Zobaczyłem ją wtedy. Starszą niż ja, wysoką, szczupłą, o niesamowicie błękitnych oczach i kruczoczarnych włosach. Była półelfka, tak jak ja. Nazywała się Lara- Mewa. Kiedy opuścili nas jeźdźcy zdążający do Naev’de, pozwolono nam ze sobą rozmawiać. Podszedłem do niej i zapytałem jak się czuje. Powiedziała, że dobrze, ale ja wyglądam okropnie. Nawiązała się między nami nić sympatii która przerodziła się w miłość i trwała do ostatniej chwili, w której mogliśmy jeszcze kochać. Jechaliśmy przez niezamieszkane tereny. Po raz pierwszy znalazłem się w górach. Szare skały czyniły na nas przygnębiające wrażenie. Jeźdźcy nie wiązali nam już rąk. Nie mogliśmy uciec. Siedzieliśmy przed nimi wpatrzeni w ponury krajobraz przed nami. Obserwowałem Larę. Widziałem jak kuli się w ramionach jeźdźca. Dostrzegałem srebrne łzy spływające z jej oczu. Zaciskałem pięści w bezsilnej złości. Na postojach siedziałem przy niej i pocieszałem, jak tylko potrafiłem. Tęskniła. Mieszkała z rodzicami i trójką rodzeństwa w elfiej wiosce. Jej matka była człowiekiem. Dziewczyna zaufała mi. Opowiedziała o swoim życiu. Rozumieliśmy się. Tak samo nas szykanowano, taką samą darzono niechęcią. Ale Lara była szczęśliwsza odemnie w swoim życiu. I dlatego więcej straciła.

Tego dnia wyjechaliśmy na ścieżkę, która doprowadziła nas do naszego przeznaczenia. Konie lekko szły po kamienistej drodze. Szare głazy porastał rdzawy mech. Było cicho, zawsze. Wreszcie stanęliśmy przed wrotami olbrzymiej, posępnej twierdzy. Brama otwarła się. Kraty podniosły, ukazując kilka postaci ubranych w identyczne stroje o takich samych odcieniach szarości. Jeźdźcy zeskoczyli z koni, ustawili nas rzędem. Na szyi każdego z jeńców lśnił wisior. Lara miała znak maga. Drżała. Ubrani na szaro strażnicy stanęli przed nami. W oczach nie było żadnych uczuć. Wydawali się bezwolnymi lalkami. I tacy byli w rzeczywistości. Podgatunkiem nie wartym uwagi, nie godnym uczuć. Usłyszałem wtedy głos zimny jak lód i ostry jak nóż. Patrzyliśmy na ukrytą w cieniu, bardzo wysoką postać.
- Pogrupujcie ich według znaków. Elfy i pół- elfy razem. Ma być porządek.
Szarzy strażnicy wykonali polecenie automatycznie. Chwyciłem Larę za rękę i poszliśmy za nimi. Ciężkie drzwi zamknęły się za nami, a drogę naszego szkolenia w oddziałach Szarych Cieni naznaczyły srebrne łzy mojej ukochanej.

***************************************
Każda sekunda, minuta i godzina spędzona w An’givare wypełniona była bólem i upokorzeniem. Ćwiczyliśmy walkę, bezwzględność, nienawiść do świata. Podsycano to w nas, aż przemieniliśmy się w dzikie bestie. Pamiętam te chwile, kiedy umysł rozpadał się na kawałki, a ciało mdlało pod uderzeniami bata. Za każdy źle wykonany rozkaz, opieszałość lub okazaną słabość czekały straszliwe kary. Po raz pierwszy zrozumiałem, co to znaczy ból i głód. Leżałem zwinięty w kłębek na kamiennej posadzce mojej celi i wyłem, wyłem jak pies. Po korytarzach niosły się straszliwe krzyki i jęki. Lara cierpiała na równi ze mną. Zadawali nam ból i uczyli sprawiania go innym. Ćwiczyli nas bez litości, sami jej od nas nie oczkując. Nie raz zdarzało się, abym oszalały z bólu i poniżenia zabił któregoś z nich. A później, gdy umęczeni staliśmy się posłuszni, zaczęło się kształtowanie naszych ciał, na ciała Czempionów. Pamiętam to, choć chciałbym zapomnieć. Otworzyły się drzwi do mojej celi. Ledwo się wlokłem, po ostatnim biciu. Szarzy strażnicy założyli mi jak zwierzęciu smycz na szyję. Kazali wstać bezbarwnym głosem. Nie mogłem. Choć wiedziałem, że spotka mnie okrutna kara, nie podniosłem się. Zadano mi cierpienie, którego nigdy jeszcze nie doznałem. Niejednokrotnie miałem zaznać jeszcze tego bólu. Półżywego zawlekli do sali. Pamiętam mikstury spadające na moją poranioną skórę, wypełniające duszę i ciało ogniem. Lochy rozbrzmiewały moim wrzaskiem. Kiedy skończyli, zmieniłem się na zawsze. Stałem się prawie Czempionem. Rozpoczął się przedostatni etap mojego szkolenia. Walczyłem. Nie chciałem się poddać. Zaczęto wypleniać z nas uczucia takie jak miłość, czy przyjaźń. Pozostawiali jedynie pogorzelisko nienawiści, grozy, bólu i cierpienia. Bili. Ale nie pozwalali stracić przytomności. Musieliśmy cały czas czuć ból. Żyłem ze świadomością, że cierpię dzisiaj, będę cierpiał jutro, a to pasmo udręk nigdy się nie skończy. Wielu z nas nie wytrzymywało. Popadali w obłęd. Mnie też niewiele brakowało. Ale zdarzyło się coś, co zadecydowało o moim losie. O mały włos nie stałem się Czempionem.

Świst bata niósł się w powietrzu. Piasek na arenie był brunatny od krwi, takich jak ja, delikwentów. Zawyłem znowu, gdy ukuty w stal rzemień spadł na twarz. Koszula zwilgotniała i przesiąkła, a krew strużkami spływała po ciele. Wreszcie puścili mnie i charcząc opadłem na piach. Nie mogłem wytrzymać bólu i upokorzenia. Stale faszerowali mnie mnie eliksirami i zaklęciami. Zacząłem się poddawać już dawno, a dziś po raz ostatni pomyślałem o kapitulacji. I nagle z woreczka, który zawsze nosiłem na szyi wypadł pierścionek z rzecznymi perłami. Klejnocik zalśnił na wilgotnym piasku. Promienie słońca zapłonęły białym ogniem. Przypomniałem sobie o domu. W głowie zabrzmiały słowa starca. „Zawsze bądź wierny swojemu sumieniu, choćby nie wiem, co się działo, wytrwale dąż do celu. Nie daj się złamać.” Poczułem, że wygasające we mnie uczucia, zaczęły tlić się na nowo. Nigdy nie odrodziły się do końca, ale czasem czułem to, czego nie powinien czuć Czempion. I postanowiłem, że się nie poddam.
Nick:Srebrna Dodano:2003-05-09 11:55:55 Wpis:A więc debiut Serca Czempiona. Moim skromnym zdaniem jest niezłe )))


Serce Czempiona

Kim jestem? Nie pytaj, bo nie jestem już w stanie odpowiedzieć. Kiedyś byłem pół-elfem, pół-człowiekiem. Teraz, sam nie wiem… Gdzie się urodziłem? W maleńkiej wiosce przy szlaku do Jaruny. Mieszkałem z ojcem- karczmarzem. Matkę zabili zbóje. Ojciec przeżył szok i długo nie mógł się pozbierać. Ja też. Nie rozumiałem, dlaczego to zrobili. Tak bestialsko i okrutnie, bardzo blisko naszej wioski. Poszła do lasu po jagody. Znała miejsca, gdzie rosły najpiękniejsze. I nie wróciła. Ojciec poszedł jej szukać. Znalazł. Nigdy więcej nie chodził do lasu. Nie pozwolił mi jej zobaczyć i nie mówił o jej śmierci. Później powiedział, że to dlatego, bo była elfem. A ludzie nienawidzą elfów. Martwił się o mnie. Zamykał w domu, żeby nie stała mi się krzywda. W końcu tylko ja mu pozostałem. Ale wszystkie jego nadzieje legły w gruzach. Zaczęło się od starca imieniem Gaes.

Ojciec jak zwykle stał przy wyszorowanym szynkwasie. Z uśmiechem witał wchodzących, których nie było zbyt wielu. Padało, a po niebie przetaczał się grom. Siedziałem w kącie i z ciekawością przysłuchiwałem się rozmowom. Interesowały mnie wieści dochodzące ze świata. Jeden z gości głośno rozprawiał na temat potrzeby podwojenia liczby patroli na traktach. Zgadzałem się z nim całkowicie. Pamiętałem, co spotkało moją matkę. Nagle drzwi otwarły się przez szum deszczu dał się słyszeć turkot kół odjeżdżającego wozu. Do ciepłej, mrocznej izby wszedł pomarszczony staruszek z laską w ręku. Gwar w karczmie przycichł stopniowo. Przybysz rozejrzał się uważnie i zdecydowanym krokiem podszedł do szynkwasu. Strząsnął z brody krople wody. Odezwał się świszczącym głosem.
- Karczmarzu jedno piwo i najtańszy ciepły posiłek.
Siadł ciężko na najbliższej ławie. Oparł o stół laskę i tobołek, który miał na plecach. Przyglądałem mu się ciekawie. Mimo sędziwego wieku poruszał się pewnie i miękko. Nosił szerokie, czarne spodnie i wysokie buty ze skóry. Czarną kamizelę z wyhaftowanym czerwonym wzorem spinała duża brosza. Siwe włosy spleciono na modłę elfów. Pomału w karczmie zaczęły odzywać się pojedyncze głosy.
- Co robisz ojczulku na szlaku w taką pogodę?- Zapytał ktoś z głębi sali.
- Szukam syna chłoptasiu. Zabrali mi go, gdy był w wieku tego dziecka.-Wskazał na mnie.
- A kto go zabrał? Może my go widzieliśmy Opowiedzcie ojczulku o tym.
- To bolesna historia. Uprowadzili mi jedyne dziecko. Moja żona wkrótce później umarła z żalu. Mieszkaliśmy w górach. Pracowaliśmy spokojnie, nie wadziliśmy nikomu. Darzono nas szacunkiem i zaufaniem. Spotkało nas wielkie szczęście. Żona urodziła nam syna. Piękne to było dziecko! Żywe srebro. Ale gdy skończył piętnaście lat wydarzyło się nieszczęście. Pracowaliśmy w polu, gdy na drodze pojawiło się dziesięciu jeźdźców w czarnych kapturach. Jechali prosto na nas. Syn odpoczywał na miedzy. Jeden z nich chwycił go i przerzucił przez siodło. Drugi rzucił nam pod nogi sakiewkę złota. Powiedział, że to za syna. Nie przyjąłem pieniędzy. Wykrzyczałem im, co o tym myślę. A oni najechali na mnie końmi. Przywódca pochylił się nademną. Widziałem wyraźnie pozbawione bieli białek oczy. Wysyczał mi do ucha, że dziecko zabierają ludzie z oddziałów Szarych Cieni, jako zapłatę za opiekę, którą sprawują nad nami Czempioni. Uderzył mnie i odjechał. Słyszałem krzyk syna. Byliśmy zrozpaczeni. Kiedy dwa lata później umarła moja żona, wyruszyłem, aby go odnaleźć. Jednak błąkam się od ponad trzydziestu pięciu lat i nie natrafiłem na jego ślad.
W izbie zapadła cisza. Milczeliśmy wszyscy. Współczułem temu starcowi. Stracił rodzinę. Wiedziałem, co to znaczy i ojciec też. W końcu ja nie miałem matki, a on żony. Wbiłem wzrok w klepisko. Poczułem na ramieniu ciężką dłoń ojca. Podał mi tacę z jedzeniem i kufel najlepszego piwa.
- Idź synu. Zanieś temu nieszczęśnikowi i nie żądaj pieniędzy, nawet gdyby chciał zapłacić.
Podszedłem do starca, zręcznie lawirując między stołami. Postawiłem przed nim posiłek. Spojrzał na mnie smutno. Do końca życia zapamiętam te oczy, o złotych jak jesienne liście tęczówkach.
- Proszę to na nasz koszt.- Uśmiechnąłem się ciepło.
- Dziękuję ci synku. Przypominasz trochę mojego Rabasza…
- Ja też straciłem kogoś bliskiego. Moją matkę zabili zbóje.
- Twoja matka była elfką?
- Tak… Ale skąd pan wie?
- Masz elfią urodę. I te szpiczaste uszy. Gdyby nie to, że nie nosisz łuku i noża za pasem, oraz tak spokojnie tu sobie siedzisz, to pomyślałbym, że jesteś elfem. Długo przebywałem między nimi. To dobry lud. A ludzie niszczą go, bo nie rozumieją i boją się.
Był bardzo bystry. Rzeczywiście miałem urodę elfa. Duże, czarne oczy, trójkątną twarz, śniadą cerę i bujną, popielatą grzywę włosów. No i oczywiście uszy. Starałem się je zakrywać, bo ludzie traktowali mnie wrogo, a dzieciaki rzucały kamieniami. Starzec położył mi dłoń na ramieniu.
- Prześladują cię za twój wygląd… Nie martw się, skończą kiedyś. Tak bardzo przypominasz mi syna… Ale on nie był pół-elfem. Weź to.- Wepchnął mi do ręki wisior na srebrnym łańcuszku.- Weź to i zapamiętaj jedną rzecz. Zawsze bądź wierny swojemu sumieniu i choćby nie wiem, co się działo, dąż do celu. Nie daj się złamać.
Rzekłszy to, przestał się mną interesować. Pochylił się nad miską i łapczywie połykał pachnącą potrawkę. Wróciłem do swojego kąta za szynkwasem. Do izby weszli kolejni przyjezdni i ojciec poszedł zbierać zamówienia. Siadłem na niskim stołeczku i rozchyliłem palce. Na dłoni leżał wisior w kształcie czarnego smoka z jeźdźcem na grzbiecie. Błyskotka była tak starannie wykonana, że mogłem rozróżnić pojedyncze łuski na grzbiecie gada, a nawet fałdy ubioru postaci. Założyłem klejnot na szyję. Nie wiedziałem, że właśnie rozpoczynam swoją drogę. Starzec zjadł, podziękował i odjechał rozpłynąwszy się tym samym jak mgła. Nigdy więcej go nie widziałem, ale zapamiętałem jego słowa.

Lato tego roku było chłodne i deszczowe. Siedziałem w domu i patrzyłem na szary gościniec oraz przejeżdżające z rzadka wozy. Cisza w moim pokoju chwilami stawała się nie do zniesienia. Kiedy żyła matka zawsze słychać było jej dźwięczny śpiew. Ojciec od rana przebywał w karczmie. Ni miał dla mnie czasu. Pewnego dnia słońce zagościło nad naszą wioską. Mogłem wyjść na dwór. Przemknąłem w cieniu ukrywając się przed wzrokiem innych. Byłem bardzo blisko drogi do Jaruny, gdy usłyszałem za sobą cichy głos. Obejrzałem się i zobaczyłem czwórkę młodych elfów. Ivor, Kwosz, Faroth i Kano. Sieroty koczujące w pobliżu zamieszkałych osiedli. Lubiłem ich. Oni nie traktowali mnie wrogo, mimo, że byłem w połowie człowiekiem. Kano trzymał w rękach długi łuk.
- Caedmil dalnie!*
- Caedmil!
Uśmiechnąłem się. Lubili mnie. Nazywali „dalnie”, braciszkiem. Potrafiłem mówić po elficku. Matka uczyła mnie tego języka od maleńkości. Często spotykałem się z elfami. Wśród nich nosiłem też inne imię. Ludzie mówili do mnie Karahsz. Elfy nazywały mnie Velkyn- Niewidzialny. To imię nosiłem później już zawsze. Pobiegłem z nimi. Wyruszali na polowanie. Cicho przemykaliśmy przez gęstwinę lasu. Dla mnie była to wspaniała zabawa, ale oni zdobywali pożywienie. Nie przeszkadzałem im zresztą. Znaliśmy się o zawsze. Pomogli mi ukoić ból po stracie matki, a później nauczyli władać ich bronią. Ivor gestem kazał nam się zatrzymać. Napięli cięciwy. Strzały zaszeptały w powietrzu przeszywając dwie sarny. Elfy uśmiechały się.
- Inbalne calnii.*
Cieszyli się, ponieważ zdobyli zapasy na najbliższe kilka dni. Oprócz nich w obozie mieszkało pięć elfek. Faroth szybko ćwiartował mięso. Zarzucili sobie łup na plecy. Ja też wziąłem do niesienia spory ciężar. Szliśmy tuż przy drodze. Nagle dobiegł do nas tętent. Moi przyjaciele spojrzeli na mnie z lękiem.
- Bauth dalnie!
Nie mogłem uciec. Odkrzyknąłem im, żeby się ukryli. Ba drodze pojawiło się dziesięciu jeźdźców w czarnych kapturach. Zatrzymali się przy mnie. Czułem oddechy i ciepło ich koni. Odwróciłem głowę. Głos, który do mnie przemówił, przywodził na myśl syk strzały wypuszczonej z ukrycia. Zadrżałem.
- Witaj chłopcze… Czy nie wiesz jak daleko jest stąd do Caer?
- Nie panie.
- Jesteś sam? A gdzie twoi rodzice?
- Ojciec jest w karczmie w wiosce.
- A matka?
- Ona nie żyje.
Nie wiem dlaczego odpowiadałem na te pytania. Głos hipnotyzował mnie. Nie mogłem się ruszyć.
- Jesteś pół-elfem?
Przełknąłem ślinę. Szykowałem się na cios, który jednak nie nastąpił. Z rozpaczą pojrzałem w stronę lasu.
- A nie boisz się tak chodzić? Sam…
- Nie wiem panie. Trochę…
Jeździec zaśmiał się strasznie. Pozostali zawtórowali. Zebrałem się na odwagę i spojrzałem na nich. Ten najbliższy zwrócił na mnie oczy. Wrzasnąłem przeraźliwie. Były czerwone. Ale nie tylko tęczówki. Całe, od brzegu do brzegu. Jezdni znów wybuchnęli gromkim śmiechem. Wspięli olbrzymie konie i zawrócili na drogę do Jaruny. Usłyszałem cichnący krzyk.
- Uważaj Velkyn, bo może cię ktoś porwać!
Opadłem na kolana. Przerażone elfy podbiegły do mnie. Ivor złapał mnie za ramię.
- Z’vess?*
- Hila Ivor… Hila…*
Podniosłem się lekko.
- Z’hin.*
Wziąłem ponownie moją porcję mięsa na ramiona. Zeszliśmy z traktu. Nie chcieliśmy, żeby ktokolwiek nas zobaczył. Zatrzymaliśmy sie przed dwoma jodłami. Kwosz zagwizdał cienko. Ujrzałem kasztanowłosą Mistle. Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Zerwałem kwiat i podałem go jej. Zarumieniła się i spuściła oczy.
- Esseuth minne!*
Pomogłem im oporządzić zdobycz. Zaprosili mnie na posiłek, ale odmówiłem. Musiałem wracać do domu. Cicho szedłem w stronę wioski. Usłyszałem przyspieszony oddech. Mistle podbiegła do mnie. Pocałowała w policzek i podała pierścionek z rzecznymi perłami.
- Esseuth minne.- Powtórzyła.
Pomachała mi na pożegnanie. Nigdy już się nie spotkaliśmy.

W karczmie było gwarno. Wsunąłem się kuchennymi drzwiami i nie zwracając na siebie uwagi przemknąłem do pokoju. Słyszałem głos ojca i śmiechy dochodzące z sali. Słońce zachodziło złotym blaskiem. Zasnąłem przytulony do szyby. W nocy nawiedziły mnie koszmary. Zobaczyłem moich elfich przyjaciół uciekających przed jeźdźcami. Mistle opadającą w kurz drogi. Czarną smugę dymu na jasnym niebie.

Obudziłem się drżący i zlany potem. Świt wstał szary, ale nie padało. Ojciec pozwolił mi wyjść na dwór. Biedak, nie przeczuwał co się stanie. Szedłem jak zwykle tuż przy trakcie. Szukałem elfów, ale nigdzie ich nie było. Powietrze zamarło. Nie poruszył się ani jeden liść na drzewach. Dostrzegłem ciemną plamę na pisku, obok dwie mniejsze. Przyklęknąłem i zanurzyłem palec w dziwnej substancji. Była czerwonobrunatna. Krew. Pobiegłem za tropem. Nie musiałem odchodzić daleko. W cieniu rozłożystego dębu, na zielonym mchu leżał Ivor. Jego jasne włosy rozsypały się wokół głowy złocista aureolą. Do boku przyciskał czerwoną i wilgotną już szmatę. Oddychał ciężko. Upadłem przy nim na kolana. Łzy spływał mi po twarzy. Elf popatrzył na mnie i wyszeptał cicho.
- Squaess dos. Ira Velkyn. Iszra’el. Derieadh doss que. Va fail… Arse…- Zaklął- Ir’udus…*
Uśmiechnął się przepraszająco.
- Sarn phlor velderinne…*
Głowa opadła bezładnie na mech. Ręka zsunęła się z boku ukazując ciętą ranę. Musiał cierpieć. Dotknąłem jego dłoni. Nie mogłem uwierzyć, że mój przyjaciel tak po prostu odszedł. Jego ostatnie słowa. „sarn phlor velderinne”… Czy to możliwe, żeby spotkał się z jeźdźcami? Nie zastanawiałem się długo, bo odpowiedź uzyskałem prawie natychmiast. Usłyszałem głuchy łomot kopyt. Nie myśląc wiele zerwałem się do ucieczki, ale wnet chwyciły mnie silne ręce i przerzuciły przez siodło. Usiłowałem się wyrwać, jednak nie dałem rady. Patrzyłem na ziemię umykającą pod końskimi kopytami. Rzucało mną we wszystkie strony. Chciałem krzyczeć, ale gdy tylko otworzyłem usta zrobiło mi się niedobrze. Jeździec podciągnął mnie do góry i przycisnął do siebie. Teraz mogłem wrzeszczeć, jednak dłoń w czarnej rękawicy stłumiła mój głos. Pędziliśmy w szaleńczym tempie. Dostrzegłem kolejnych pięciu jeźdźców. Jeden miał przywiązanego do siodła elfa. Przyjrzałem mu się uważnie i wydałem z siebie zduszony jęk. To był Faroth. Stracił przytomność. Ten, który mnie wiózł zatrzymał konia. Zeskoczył lekko na ziemię. Zdjął mnie z siodła. Spojrzałem prosto w te straszne oczy. Nie wiem kim był, ale na pewno nie człowiekiem. Sięgnął o mojej szyi. Wyciągnął łańcuszek z wisiorem. Twarz zmarszczyła się gniewnie.
- Gdzie jest twój znak? Ten, który nosisz, nie należy do ciebie.
- Nie wiem o czym mówisz panie.
- Jak zwykle. Zdejmują je i chowają, myśląc, że bez tego nie uda nam się znaleźć bachorów.- Wskazał na dwóch swoich towarzyszy.- Jedźcie do wioski i znajdźcie znak tego chłopaka.
- Nie!- Krzyknąłem. Jeździec zamachnął się i wymierzył mi straszny cios w głowę. Zemdlałem.

Obudziłem się już w drodze. Miałem związane ręce. Na szyi zaciśnięto pas ze skóry. Jeździec, który mnie wiózł trzymał w ręce wisior. Elfa na koniu z mieczem w rękach. Zrozumiałem, że tym kimś mam zostać, że zostało to przewidziane przed moim narodzeniem. Dużo później uświadomiłem sobie, dlaczego ojciec tak nie chciał, abym opuszczał dom. Ale oni i tak czekaliby. Jeżeli nie udałoby się im złapać mnie na drodze, to weszliby do domu. Patrzyłem z bólem na sylwetkę jeźdźca przed sobą. Trzymał ona Farotha. Mój przyjaciel miał związane, tak jak ja, ręce, ale usta przesłaniał knebel. Nie walczył już. Możliwe, ż przedtem stawiał im zacięty opór i dlatego tak go poturbowali. Nie dane mi było się tego dowiedzieć. Na postoju siedziałem uwiązany jak pies, z daleka od niego. A później nasze drogi rozeszły się. On trafił do oddziałów Krwawej Gwiazdy, ja do Szarych Cieni.

***************************
Nick:marcepanka Dodano:2003-05-02 17:58:22 Wpis:Sreb!!!po co Ty sie tak meczysz z tym przepisywaniem????...jak sie spotkamy na czacie to Ci powiem jak sie nie męczyćhyhy...pozdrawiam
Nick:Srebrna Dodano:2003-05-02 17:03:37 Wpis:No więc dobrze... nie mogę nadążyć z przepisywaniem Łzy, bo co przepiszę 20 stron, to mam kolejne 20 i tak w koło Macieju... Ale spróbuję...

Łza Córeczki Elfów cz. 3

Javaia stoi obok swojego męża. Król i jego małżonka siedzą na rzeźbionych tronach. Przyglądają się strojnemu orszakowi. Młodziutkie elfki z ciekawością przyglądają się dumnym rycerzom. Szepczą między sobą, rzucając zaciekawione spojrzenia ma intrygującego jeźdźca na czarnym koniu. Podniecone, wymieniają szybkie zdania.
- To na pewno król…
- Jest taki piękny… Och! Spojrzał na mnie!
Foalooke rozgląda się po zebranych. Uśmiecha się z triumfem, widząc zachwycone miny elfek. Karosz parska, pochyla głowę. Król lekko zeskakuje z siodła. Składa głęboki ukłon przed władcami Alnamarie. Dostrzega ją. Stoi obok wysokiego, jasnowłosego elfa. Ona jedna nie obrzuca go zachwyconym spojrzeniem. Obserwuje go nieufnie, tuląc się do boku tego przystojniaka. Jest piękna. Foalooke staje w miejscu wpijając wzrok w jej młodą twarz. Do jej boku przytula się dwójka małych elfiątek. Spoglądają na niego wielkimi, piwnymi oczami. Nie podobają mu się ich spojrzenia. Czuje się nieswojo.
- Witamy cię czcigodny Foalooke.- Odzywa się srebrzystym, melodyjnym głosem. Spuszcza głowę pod jego natarczywym spojrzeniem. Gestem wskazuje na ścieżkę do pałacu. Elf muska jej usta delikatnym pocałunkiem i nie oglądając się na obcego prowadzi do komnat. Foalooke patrzy za nim ze złością. Już wybrał. Weźmie za żonę albo ją, albo żadną. A jeżeli się nie zgodzi… Cóż.. Są różne sposoby perswazji… Zebrani w wielkiej sali rozmawiają ze sobą. Vanesse zwraca się do przybysza.
- Foalooke, jak dotąd nie ujawniłeś nam celu swojej wizyty.
- Dziesięć lat temu zmarł mój ojciec. Przejąłem po nim władzę. Miałem znaleźć sobie żonę, ale nie ma takiej kobiety w Kaharje, która byłaby dla mnie odpowiednia. Postanowiłem więc, za waszą zgodą poszukać towarzyszki wśród Promiennych.
- Prosisz o wiele. Ale spełnię twoją prośbę. Jeżeli znajdziesz elfkę, która zgodzi się zostać twoją, nie będziemy stawiać przeszkód.
Czarnowłosy spogląda na piękną parę. Korin dostrzega jego zainteresowanie.
- To Córeczka Elfów Javaia i jej mąż Avaro.
Władca Kaharje klnie w duchu. Jego plan właśnie się skomplikował, ale i tak da radę. Musi ją zdobyć. Będzie jego panią. Avaro oplata ją ramionami. Odgarnia z jej czoła niesforny, złoty kosmyk. Szepcze coś cicho do ucha. Uśmiecha się łobuzersko. Podaje jej swoją dłoń i wyprowadza z pałacu. Foalooke zarzuca płaszcz na ramiona i również wychodzi. Widzi ich malejące postacie. Znikają za drzewami.
Javaia przytula się do szerokiej piersi księcia. Łaskocze go w kark. Elf pochyla się nad nią. Szuka jej ust. Zwierają się razem. Języki wsuwają się między wargi. Kochankowie obejmują się mocno. Czują ciepło swoich ciał. Avaro śmiejąc się przewraca się na plecy. Podziwia przez chwilę górującą nad nim jasną, opromienioną światłem słońca postać księżniczki. Córeczka Elfów klęka przy nim. Muska ustami jego szyję, tors, brzuch. Rozpala jego zmysły pomalutku doprowadzając go do wrzenia.
- Chodź do mnie gwiazdko…- książę wyciąga ramiona. Delikatnie pieści swoją partnerkę. Patrząc głęboko w oczy muska językiem stwardniałe brodawki piersi. Trawa ugina się pod nimi. Zgniecione białe kwiaty wydzielają silny, słodki zapach. Zza drzew obserwuje ich kruczowłosy mężczyzna. Błękitne oczy lśnią niezdrową żądzą i chorobliwą zazdrością. Nie może znieść myśli, że ktoś inny jest panem serca Córeczki Elfów. Z zapartym tchem kontempluje widok jej nagiego ciała. Zastanawia się nad usunięciem ze swojej drogi rywala. J w myślach układa się mu misterny plan. Uśmiecha się strasznie. Odchodzi od polany. Słyszy jeszcze pełen szczęścia śmiech, który wkrótce głuszy szept wiatru. Vanesse i Korin przyglądają się mu niechętnie. Nie czują do niego sympatii. Wydaje się być nieszczery. Ale to może być złudzenie. Foalooke przywołuje do siebie swoich gwardzistów.
- Zostaniemy tu jeszcze przez kilka dni. Do tego czasu możecie czuć się zwolnieni z obowiązków.- Odprawia ich władczym ruchem dłoni. Teraz trzeba będzie zbliżyć się do Javaii. Na ścieżce pojawia się Avaro. Idzie sam. Podbiega do niego dwójka tych maluchów. Jasne, zaplecione w grube warkocze włosy, przypominają sploty księżniczki. Król Kaharje podchodzi do nich. Małe elfiątka zwracają na niego ciekawe oczęta. Długie rzęsy ocieniają policzki nadając spojrzeniom zagadkowe znaczenie.
- Masz piękne dzieci.
- Dziękuję. To zaszczyt dla mnie i dla nich, że raczyłeś je zauważyć.- Odpowiada ironicznie.- To moja córka Ilanne i syn Held.
- Wdały się w swoją matkę… - głos mężczyzny drży.
- To dobrze- śmieje się elf- Gdyby wdały się w ojca byłoby gorzej. Na pewno jesteście zmęczeni. Zawołam kogoś, żeby wskazał wam wasze kwatery. Namerlo! Zaprowadź wysłanników Kaharje do przeznaczonej dla nich części pałacu.
Młody, Szarowłosy elf podchodzi do nich.
- Chodźcie za mną.
Jutah uśmiecha się do niego. Lekko podąża za nim. Pochłania wzrokiem jego szczupłą sylwetkę. Podoba mu się ten młodzieniec. Przyśpiesza kroku i zrównuje się z nim. Elf zwraca na niego czarne oczy. Dowódca gwardzistów rozpoczyna rozmowę. Z przyjemnością wsłuc***e się w melodyjne brzmienie głosu Namerlo. Inni rozglądają się z ciekawością. Przechodzą przez dróżkę. Po obu jej stronach wznoszą się smukłe kolumny oplecione bluszczem. Słońce przesiane przez liście oświetla wszystko łagodnym, rozproszonym światłem. Namerlo pchnięciem otwiera wielkie, dwuskrzydłowe drzwi. Wprowadza ich do kwadratowej sali z mnóstwem wejść prowadzących do pokoi.
- Rozgośćcie się. Panie, dla ciebie i dowódcy przygotowaliśmy bogatsze komnaty.
Wkracza na schody z białego kamienia. Wskazuje dwie kwatery na końcu korytarza.
- Życzę dobrego wypoczynku. – uśmiecha się ciepło do Jutah i znika na dole.
Foalooke wstępuje do jasnej, przestronnej izby. Pomieszczenia nie przypominają tradycyjnych sal w Kaharje. Stropy są wysokie i delikatnie rzeźbione, okna łukowate i szerokie. Za nimi roztacza się piękny widok. Mężczyzna dostrzega Javaię. Białą suknię szarpie silny wiatr. Podnosi głowę i patrzy w okno do jego kwatery. Odchodzi. Czarnowłosy zamyka oczy. Pod powiekami lśni obraz nagiej księżniczki. Myśli krążą wokół jednego tematu.
Nick:Srebrna... Dodano:2003-04-30 20:52:29 Wpis:No dobrze... Jeżeli chcecie, to przebrniecie przez Łzę...

Łza Córeczki Elfów, część II
*************************************
Ciepły podmuch wiatru splata włosy Córeczki Elfów i dumnego kapitana. Jasne słońce oświetla ich nagie, splecione ze sobą ciała. Javaia lekko obejmuje swojego księcia. Przywiera ustami do jego ust. Język smakuje słodki smak jego warg. Avaro podtrzymuje jej głowę. Drugą ręką delikatnie pieści piersi partnerki. Kochankom braknie tchu odsuwają się od siebie, patrząc pełnym gorącej miłości wzrokiem. Znów podejmują przerwaną na chwilę zabawę. Avaro całuje jej brzuch. Łaskocze jędrne pośladki. Javaia śmieje się cichutko. Dotyka jego ud. Łaskocze jądra swoimi pachnącymi włosami i ciepłym oddechem. Odwracają się twarzami do siebie. Znów zwierają w namiętnym pocałunku. Księżniczka jęczy cicho, gdy rozkosz rozchodzi się po jej ciele, rozpalając zmysły. Ma już dość… Zmęczyła się. Przewraca się na bok i spogląda na roześmianą twarz swojego męża. Dotyka jego karku. Całuje szpiczaste ucho. Oddycha głęboko, wdychając zapach jego ciała. Leżą obok siebie, rozleniwieni. Wiaterek przyjemnie chłodzi rozpalone ciała. Z koron drzew dobiega wesoły świergot ptaków.
- Moja pani, czy chcesz wrócić do pałacu?
- Tak Avaro. Dzieci czekają.
- A więc chodźmy.
Elf ponosi się. Podaje jej rękę. Patrzy z zachwytem na piękne, smukłe ciało otulone płaszczem złocistych włosów. Przytula ja do siebie. Idą cicho, przez zieloną trawę. Biały kwiat spływa z gałęzi i wirując osiada na jego dłoni. Pod rozłożystym drzewem leżą ich ubrania. Avaro pomaga żonie przywdziać długą, powłóczystą błękitną suknię. Wciąga lekkie płócienne spodnie i miękkie skórzane buty. Zarzuca koszulę na ramiona. Córeczka Elfów przygląda mu się z rozbawieniem. Wybucha perlistym śmiechem. Książe rumieni się.
- Czyżbym był śmieszny?
- Nie najdroższy. Jesteś bardzo poważny.
Całuje go w policzek. Idą do pałacu. Kroczą ulicami ściągając na siebie spojrzenia innych elfów. Słyszą ich pełne podziwu szepty. Piękny Lud kocha swoją księżniczkę i księcia. Są z nich dumni, bo para ta łączy w sobie mądrość, siłę, godność i piękno wszystkich Promiennych. Strażnik w ciemnozłotym płaszczu otwiera bramę. Wchodzą do cichych korytarzy. Przez witraże w łukowatych oknach przesączają się snopy kolorowego światła. Wewnętrzny ogród. Pod wysokim drzewem obsypanym srebrzystym kwieciem bawi się dwójka małych elfiątek. Oboje są podobni do matki. Javaia uśmiecha się. Woła je do siebie. Tuli dwie jasnowłose główki do siebie. Avaro bierze małego elfika na barana. Dziecko śmieje się radośnie. Elfka podaje córce rękę. Pomaga wspiąć się na swoje kolana. Ojciec z synem przez chwilę szaleją po ogrodzie, ale zatrzymują się, by posłuchać ballady, śpiewanej przez matkę. Są szczęśliwi. Nieświadomi tego, jak łatwo można tą radość zburzyć…
******************************************
Na równinach hula wiatr. Szarpie płaszcze pracujących w polu ludzi, targa grzywy małych, krępych koników. Sokół wznosi się ponad ziemię. Z chrapliwym krzykiem szybuje w stronę zamku. Na kwadratowym dziedzińcu stoi wysoki mężczyzna. Dłoń w czarnej rękawicy zaciska się na trzonku pejcza. Błękitne oczy z gniewem wpatrują się w twarz młodziutkiego chłopca.
- Mówiłem, że mój rumak ma tu stać przygotowany. Tak słuchasz rozkazów swojego władcy? Nie znoszę niekompetencji!- Ostry głos mężczyzny niesie się po zamku.
- Panie, wybacz mi. Koń waszej wysokości nie lubi mnie i sprawia mi problemy. Dzisiaj już mnie kopnął.
- Nie zrzucaj winy na zwierzę, pachołku! Co za nędzne wykręty!- Władca podnosi pejcz. Rzemień ze świstem tnie powietrze i uderza chłopca w twarz. Po policzku spływają strużki krwi. Wysoki młodzieniec podchodzi do rozwścieczonego króla. W oczach widnieje wyraz lekkiej niechęci. Czarnowłosy bierze zamach. Nahajka raz po raz spada na stajennego. Cienka, lniana koszula wilgotnieje od krwi.
- Panie, wystarczy. Ukarałeś go słusznie za opieszałość, ale to jeszcze dziecko…
Mężczyzna patrzy na niego dziko. Na twarzy maluje się furia. Dłoń zaciska się w pięść.
- Tylko dziecko? Jeżeli nie nauczy się dyscypliny i dobrej służby u swego pana, wyrośnie na darmozjada! Ale masz rację Jutah. Szkoda rzemienia na tego szczeniaka. Zawołaj drugiego koniucha. Niech przygotuje mojego ogiera. I sprzątnijcie tu.
Foalooke obrzuca skatowanego, drżącego chłopca pogardliwym spojrzeniem.
- Aha… Zabierzcie tego nieroba. Na nic mi się już nie przyda.
Otula się mocniej płaszczem. Znika w bocznych drzwiach. Jutah pochyla się nad dzieckiem. Spogląda na umazaną we krwi buzię i łzy cieknące ciurkiem z zielonych oczu. Delikatnie dotyka jego ramienia.
- Jak się czujesz? Możesz wstać?
Chłopiec podnosi głowę. Patrzy przez chwilę gasnącym wzrokiem na twarz zatroskanego rycerza. Pomału osuwa się na ziemię. Krztusi się i trudem próbuje złapać oddech. Dziki rumak Foalooke bardzo mocno go poturbował. I to nie raz. Nieleczone urazy stale pogarszały stan zdrowia dziecka. A dzisiejsze bicie dokończyło dzieła. Chłopiec nieruchomieje. Jutah przykłada dłoń do jego szyi. Malec nie żyje. Rycerz zaciska usta. Patrzy nienawiścią za władcą. Od kiedy Czarny Żniwiarz zabrał czcigodnego Aranman, jego syn bardzo się zmienił. Stał się niedostępny, przestał szukać prawdy w medytacji. Choć jest w sile wieku i posiada urodę, której nie oprze się żadna kobieta, nie szuka żony. Reaguje gwałtownie i nieprzewidywalnie. Jutah domyśla się, dlaczego. Król nie został przygotowany do swojej roli. Nie radzi sobie z problemami państwa, ani nawet swoimi. Lepiej dla Kaharje byłoby, gdyby zginął nagle lub, chociaż ustąpił z tronu. Ale cóż może poradzić jeden rycerz? Młodzieniec wzdycha. Podąża za swoim panem. Foalooke stoi na krużganku. Czarne włosy opadają na ramiona. Przygląda się swojej dłoni.
- Jutah, co ja zrobiłem? Co z tym chłopcem?
- Nie żyje.- Krótka, jasna odpowiedź druzgocze resztkę uczuć władcy, że postąpił słusznie.
- Jutah, co się ze mną dzieje?- Król obejmuje głowę dłońmi. Klejnot na środku srebrnego diademu na czole lśni przez chwilę czerwienią krwi.- Nie umiem nad sobą zapanować. Nie chciałem go zabić…
- Panie, ja tym bardziej nie umiem rozpoznać twojej przypadłości. Nie jestem lekarzem. Może powinieneś znaleźć w końcu żonę, najjaśniejszy?
- Ożenię się jedynie z elfką.
- Jeżeli tak dyktuje ci serce panie, jedź do Alnamarie.
- Tak zrobię. Muszę. Poleć rozpocząć przygotowania do wyjazdu.
- Tak, mój panie.
******************************
Dzień wyruszenia z Kaharje. Król w czarnej tunice, przepasanej złotym pasem. Długi ciemnoszary płaszcz spływa na zad karego rumaka. Na czole ma diadem z wplecionym między złote niteczki diamentem. Jego błękitne oczy lśnią. Jako pierwszy władca od początku istnienia świata, wyrusza w delegację do Alnamarie, kraju owianego mgłą legendy. Uśmiecha się triumfująco. Jest pewien, że żadna elfka mu się nie oprze. Kilkanaście dni drogi przed nimi. Z komnaty zmarłych wynurza się perłowobiała postać, której nikt nie może dostrzec.
-Synu… Opamiętaj się…
Nick:.... Dodano:2003-04-30 14:28:18 Wpis:Wiecie co? Mam dość... Wenę przelewam na papeir i komputer, muszę nadrobić zaległości z księgą Ale teraz mam czas. Co to jest zaburzenie neurowegetatywne????Lekarz mi tak na zwolnieniu napisał... Napiszcie proszę, czy chcecie dalej czytać Łzę? Grafika jest bardzo ładna. Isa, przeztań pisać o soim chłopaku, dobrze? Ja też mam elfa i się nie chwalę. A opowiadania Niny są nieawykle orginalne i nie sądzę, żebyś potrafiła coś takiego napisać. Aha... Riposta do małej... Jeżeli chcesz, napisz o Erlondzie i Kalebornie. Nie czepiaj się mała, bo i tak nic nie wskórasz, a zepsujesz komuś chumor pisząc bzdurne dyrdymałki. Nie chesz, nie czytaj. Nie podoba ci się, to poco tam włazisz???
I to na tyle. Koffam was Elfki i ciebie też Areczku
Nick:Srebrna Dodano:2003-04-30 10:42:40 Wpis:Witam all... Jak obiecałam, wpisuję pierwszy kawałek opowiadania pdt.(bardzo ambitnym) "Łza Córeczki Elfów". Dla ludzi od 17 lat. Opowieść o żądzy, miłości, nienawiści i zagładzie... Życzę powodzenia...

Łza Córeczki Elfów
Prolog
*
Czarny orzeł kołuje nad chmurami. Ogromne skrzydła od niechcenia rozgarniają powietrze. Lodowaty wiatr wichrzy pióra. Król niebios nurkuje. Przebija się przez warstwę ciemnych, burzowych chmur. Ale przed nim kłębią się tumany czarnego dymu. Ziemia płonie. Miasta i istnienia obracają się w pył. Spójrz jego oczami. Kilkadziesiąt metrów pod tobą z trzaskiem i hukiem wali się kamienna iglica. Z czarnych dziur okien buchają płomienie trawiąc i niszcząc ludzkie życie. Zewsząd rozlegają się pełne przerażenia krzyki. Zniżasz lot. Pod przewróconym wozem kuli się kilkuletnie dziecko. Ściany domu pękają. Kamienie lecą na resztki wozu grzebiąc chłopca. Otrząsasz się. Twój chrapliwy głos niesie się po pustoszonych przez wojnę ziemiach. Wzdrygasz się. Tak, dobrze się domyślasz. To głos zagłady i śmierci. Twoja postać ściśle się z nim wiąże. Już nie pamiętasz? Jeszcze zniżasz lot. Czarny cień przesłania nikły blask słońca. Kobieta z maleńkim dzieckiem w ramionach. Świst strzały, wypuszczonej przez ukrytego mordercę. Niewiasta opada na kolana z bełtem sterczącym z piersi. Niemowlę toczy się płacząc, pod kopyta rozszalałych koni. Nie możesz patrzeć. Wzbijasz się do lotu. Czarna pióra szeleszczą, twoja sylwetka budzi grozę. Jak to się stało? Dobrze o tym wiesz. Jakim cudem się tutaj znalazłeś? To też pamiętasz. Jesteś przecież znakiem. Symbolem zniszczenia, wojny i zagłady. Twoje pojawienie się oznacza koniec świata, do którego przybywasz. Twoje imię brzmi Apokalipsa. Rzeczywiście, nie zawsze tak było. Ale to wszystko, co oglądasz, dzieje się za twoją sprawą. Przecież pierwszy poruszyłeś kamień, który poruszył lawinę. To było takie banalne… Mój łatwowierny przyjacielu, to twoja wina… Nie uciekniesz przed tym. Ja jestem twoją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Ja władam tym wszystkim i wszystko jest mi podporządkowane. Moje imię to Przeznaczenie. A teraz przypomnę ci twoją winę. Musisz cierpieć. Taką drogę ci wyznaczyłem.

Przyjmij jedną radę
Niedoskonała istoto
Człowiecze, co nad
Swą żądzą zapanować
Nie umiesz
Lepiej milczeć czasem
Niż powiedzieć
Zbyt wiele
Bo możesz skończyć
Wśród wojny piekła
Bo możesz podzielić
Władcy Kaharje dolę
Staś się śmierci znakiem
Zniszczenia symbolem
Lepiej zrezygnować
Niż łzę spowodować
Bo ta jedna łza
Może wzniecić pożar
W którym zginie sprawca
Córeczki Elfów nieszczęścia…






*
Łza Córeczki Elfów
Słońce wschodzi nad lśniącymi białymi budynkami pałacu. Ozłaca puszczę otaczającą miasto. Cisza rozlewa się po cichych korytarzach. Alnamarie- kraj elfów. Kolebka piękna i mądrości. Ojczyzna najwspanialszych istot, jakie kiedykolwiek stąpały po tej ziemi. Na tarasie Białego Pałacu stoi księżniczka Javaia, Córeczka Elfów. Jej urodę sławią wszystkie ludy tego świata. Cera jasna jak mleko i gładka jak aksamit. Oczy pełne blasku i ciemne jak nocne niebo, włosy długie do pasa, o kolorze dojrzewających zbóż. Na jasnym czole lśni diadem z błękitnym klejnotem zwanym „łzą losu”. Prostą, ciemnozłotą suknię zdobi jedynie pasek ze srebra kuty na kształt dębowych liści. Córeczka Elfów jest smutna. Choć świat istnieje od niedawna, bo od trzech tysiącleci i nie ma w nim zła, ona czuje, że nie zawsze tak będzie. Promień słońca pada na jej dziewczęcą twarz. Jest bardzo młoda. Dopiero, co wkroczyła w dorosłość. Liczy sobie zaledwie dwa stulecia. Ale posiada mądrość i siłę, przewyższającą jej wiek o wiele, wiele lat. Nuci pieśń, mówiącą o księciu elfów, który odpłynął w poszukiwaniu prawdy. Jej głos niesie się srebrną kaskadą po uśpionym pałacu. Ptaki wtórują, ukryte w koronach drzew. Schodzi lekko i cicho. Stopy zanurzają się w wilgotnej trawie. Javaia wdycha zapach fiołków. Uśmiecha się radośnie. Pomiędzy drzewami dostrzega wysoką sylwetkę. Śmieje się srebrzyście. Postać odwraca głowę. Ciemnozielone oczy rozjaśnia płomyczek rozrzewnienia. Książę Avaro, doświadczony i pełen dumy elf. Kapitan najlepszych oddziałów łuczników. I pan serca Javaii. Wyciąga rękę. Płaszcz odsłania długi, lekko zakrzywiony miecz, w inkrustowanej srebrem i szafirami pochwie. Symbol jego pozycji i pochodzenia. Woła cicho. Córeczka Elfów wpada mu w ramiona. Z jej dużych oczu wyziera szczęście i miłość. Tuli się do boku kapitana. Słońce przedziera się przez liście. Wiatr strąca z nich krople rosy, które spadają na parę zakochanych diamentowym deszczem. Javaia rozpoczyna kolejną pieśń dźwięcznym, srebrnym głosem. Avaro wtóruje jej głębokim barytonem. Ich śpiew niesie się przez puszczę, unosi się i opada, budząc uśpione miasto. Elfowie i elfki otwierają oczy. Wdychają słodki zapach powietrza. Czują na swoich twarzach podmuch wiatru. Małe dzieci wybiegają z domów i pędzą nad rzekę. Starsi czytają, rozmawiają między sobą lub idą na zielony, ocieniony padok gdzie czekają piękne konie. Z drzwi pałacu wychodzi królewska para. Dostojny Korin i pełna mądrości Vanesse. Javaia podchodzi do nich. Uśmiecha się pięknie. Avaro stoi przyglądając się im niepewnie. Król gestem przywołuje go do siebie. Kładzie jego dłoń na dłoni córki. W jego czarnych oczach widać dumę. Vanesse śmieje się. Zrywa jeden złocisty i jeden srebrny kwiat. Wplata im jej we włosy.
- Niech was Tiluve błogosławi…

Nad równinami również wstaje dzień. Smukłe trawy gną się pod naporem wiatru. Jednak na niebie zbierają się ciemne chmury. Pierwsze krople deszczu spływają po krytych dachówką dachach, zbierają się na kamiennych murach obronnych. Odbite od drogi tworzą delikatną mgiełkę. Grom przetacza się nad przysadzistą bryłą zamku. Przez niedomknięte okiennice przesącza się blask ognia. Miasto jest ciche. Jedynie okutany w ciemny płaszcz piekarz pogania mokrego, kudłatego konika zaprzężonego do wózka. Mieszkańcy siedzą zamknięci w swoich kamiennych domkach grzejąc się przy paleniskach, jedząc śniadanie i zwlekając do ostatniej chwili z pójściem do pracy. W taki dzień nikt nie chce wyjść z ciepłego mieszkania. A jednak puste ulice zaludniają się. Pełne są otulonych w płaszcze, milczących ludzi, przemoczonych wierzchowców i ich właścicieli zdążających do warsztatów. Kobiety zostają w domach. Zajmują się uprzątnięciem siedzib i poradzeniem sobie z wrzeszczącymi lub bijącymi się dziećmi.
Tylko w zamku panuje jeszcze cisza i chłód. Na krużganku nie ma nikogo. Jednak w komnacie obok, przed kamiennym posągiem przedstawiającym wysokiego mężczyznę o surowej twarzy, klęczy młodzieniec o kruczoczarnych, falowanych włosach. Błękitne oczy podnoszą się na ciemną płaskorzeźbę ponad głową postaci. Wstaje. Fałdy purpurowego płaszcza prostują się Zaciska usta. Już po raz kolejny ucieka się do modlitwy do zmarłych władców Kaharje. I po raz kolejny wstaje z dokładnie takim samym mętlikiem w głowie. Prosił o pomoc w zrozumieniu ukrytych prawd o ich świecie. Jego ojciec jest stary. Bardzo stary. Niedługo przyjdzie po niego Czarny Żniwiarz. I zostanie sam… Sam ze sprawami, których nie rozumie. Z problemami, które go przerastają. Najlepszym wyjściem byłoby znalezienie żony lub, chociaż doradcy. Ale w jego państwie nie ma dziewczyny, która mogłaby temu sprostać, ani zdobyć jego serce. To nie wykonalne. Słyszał kiedyś o Alnamarie- kraju elfów. Słynął on z najpiękniejszych elfem na całym świcie. Ale kilkadziesiąt lat po założeniu swoich własnych osiedli ludzie utracili kontakt z Promiennymi, jak ich nazywali. Czasem tylko nieliczni, których rodziny wychowywano według starych tradycji elfów, spotykali się z przedstawicielami Pięknego Ludu. Wielu z tych ludzi odchodziło razem ze swymi nieśmiertelnymi braćmi. Te dwie tak bliskie sobie, a jednak odrębne światy żyją obok siebie, wiedząc o sobie naprawdę niewiele. Ciche, nieporadne kroki na kamiennych schodach. Ciężki, chrapliwy oddech. Młodzieniec ogląda się. Na krużganku stoi, dysząc ciężko wysoki, zgarbiony starzec. Długie siwe włosy opadają splecione w warkocz na plecy. Biała broda sięga pasa. Mężczyzna wznosi wyblakłe, jasnoszare oczy na królewicza. Kaszle sucho.
- Mój synu, ty znowu tutaj? Miałeś się uczyć… Oni i tak już ci nie pomogą. Że też matka naopowiadała ci takich bzdur…
- Tak ojcze. Wybacz mi. Martwię się o ciebie. Coraz gorzej wyglądasz.
- Foalooke, nie martw się o mnie. Przeżyłem i tak więcej, niż dane było żyć innym śmiertelnikom.
- Myślałem też o swojej przyszłej żonie. Wiem, że nie poślubię żadnej dziewczyny z naszego państwa. Ale gdyby tak elfkę z Alnamarie?
- Nie synu… Elfki są zbyt dumne. Nigdy nie wyjdą za śmiertelnika, choćby był królem całego świata.
- A może siłą jakąś zdobędę?
Starzec obrusza się. Wyciąga drżącą rękę.
- Foalooke niech bronią cię dusze władców! Nigdy nawet o tym nie myśl! Nikt nie zdobędzie elfki siłą. Jeżeli byś spróbował, zesłałbyś na całe Kaharje zagładę! Nie rozzłość elfa! Zapamiętaj to. Pod płaszczykiem spokoju kryje się bezwzględny i niebezpieczny wojownik. Potrafi zabić z zimną krwią! Nigdy nie darowaliby zniewagi, jaką byłoby uprowadzenie jednej z Pięknego Ludu. A nienawidzić potrafią równie gorąco jak kochać! Ostrzegam cię synu! Zapomnij o tym!
Stary król zanosi się kaszlem. Na białą brodę skapuje odrobinka czerwonej piany. Foalooke podbiega do niego. Chwyta za rękę.
- Dobrze ojcze. Nawet o tym nie pomyślę. Nie denerwuj się. Chodź, pójdziemy do ogrodu.
Prowadzi zgiętego w pół mężczyznę. Drzwi do komnaty zmarłych zamykają się same. W powietrzu niesie się szyderczy śmiech… „Nie pomyślisz… Zobaczysz chłopcze… Zobaczysz…”
Nick:To tylko ja Dodano:2003-04-29 21:02:22 Wpis:No dobrze. piszę koniec i nic sobie nie robię...

*
Epilog
Wojska Targallów wzięły udział jeszcze w wielu bitwach między sługami Surona i Sarumana. Podczas walk w Kondorze przyczyniły się do całkowitego wyniszczenia sił ciemności. Po wojnie o Pierścień odeszli na Północne Pustkowie i po raz kolejny zostali zapomniani przez ludy Śródziemia, nawet przez Enty, by już nigdy nie powrócić. Część z nich zrzekłszy się nieśmiertelności zamieszkała między ludźmi.
Quelle odpłynęła wraz z Haldirem do Valinoru. Rakkalepte stało się miejscem spokoju dla wielu, którzy brali udział w walkach, lecz z czasem opustoszało. Verya znalazła swojego opiekuna, Orphina. Na miejscu pochówku Valpio wyrosło przepiękne drzewo o czerwonych liściach i srebrnych gwieździstych kwiatach, które w niedługim czasie rozprzestrzeniły się po całych Północnych Górach. Nazwano je „ łzą dziedziczki”. Galadar powrócił do Mrocznej Puszczy i został z elfami, które nie opuściły Śródziemia. Daltar odnalazł spokój u boku swojej ukochanej Inte. Zginął w ostatniej Bitwie o Pierścień. Toron nie zrzekł się nieśmiertelności, ale nie odpłynął z innymi. Został w Północnych Górach, przy grobie Valpio. Legendy głoszą, że pewnego dnia Valarowie zlitowali się nad nim i zabrali go, aby mógł połączyć się ze swoją ukochaną.

I zapomniano o nich, bo taką drogę wytoczyło im przeznaczenie…
Nick:elanor_of_mirkwood Dodano:2003-04-29 15:28:12 Wpis:Dziekuje Wam Kochani za kciuczki!!! cmok, cmok, cmok dla wszystkich!!! Dostalam 4+!!!!!!
Nick:Srebrna Dodano:2003-04-28 18:35:10 Wpis:koniec zapiszę jutro, bo mi ręce odpadają...

IV część...

Pokonują odległość dzielącą ich od Edoras w ciągu jednego dnia, ale Alqua pędził jak wicher. Armii idącej od Isengardu z pewnością zajmie to, co najmniej kilka dni. Wpadają przez otwarte na oścież bramy. Kopyta dzwonią po brukowanej ulicy. Ludzie patrzą na nią dziwnym wzrokiem. Czuje ich lęk. Zatrzymuje się przy stopniach prowadzących na wzgórze. Rozgląda się szukając Torona. Kot wyłania się z bocznego zaułka. Podchodzi do niej i staje na schodach. Równocześnie z nim nadchodzą strażnicy. Trzymają w dłoniach długie, ciężkie miecze. Wyglądają groźnie. Zielone płaszcze spływają do ziemi. Na piersiach widnieje godło Rohanu: biały koń na zielonym tle.
- Kim jesteś i skąd przybyłaś?
- Mam na imię Quelle. Przybyłam z Rakkalepte, osady w Północnych Lasach. Chcę się widzieć z królem. Mam dla niego sprawę najwyższej wagi.
Strażnicy przyglądają się jej ironicznie. Zaciska pięści. Nie znosi, kiedy ktoś tak na nią patrzy. Prostuje się dumnie i obrzuca ich zniecierpliwionym spojrzeniem. Jeden z nich podchodzi bliżej.
- Dobrze. Możesz spotkać się z królem, ale zostawisz broń i swojego kota na zewnątrz.
Dziewczyna prycha gniewnie. Idzie za żołnierzami. Wchodzą po szerokich, kamiennych stopniach. Wiatr szarpie flagę. Już są u wrót pałacu. Łowczyni ogląda się z niepokojem. Na równinie panuje spokój. Otwierają się drzwi prowadzące do komnat królewskich. Dziewczyna z niechęcią odpina pas z mieczem. Podaje go młodemu chłopcu. Spogląda na kota.
- Zostań tu przyjacielu. Pilnuj mojej własności.
Gładzi go po głowie i podąża za gwardzistami. Dostrzega zgarbioną, starczą sylwetkę siedzącą na tronie. Zagląda w zmętniałe, smutne oczy. Czuje, że król Theodem jest bardzo chory. Skłania się lekko. Mężczyzna z dużym wysiłkiem podnosi głowę. Odzywa się drżącym głosem.
- Kim jesteście?
Jeden z rycerzy wychodzi przed nią. Składa głęboki ukłon.
- Wuju, przyprowadziliśmy obcą przybyszkę. Twierdzi, że ,a dla ciebie wiadomość o niezwykłym znaczeniu.
- To prawda panie.- Odzywa się Dziedziczka. Czuje litość, dla tego schorowanego człowieka.
- Co tu robicie?- rozlega się zimny, nieprzyjemny głos. Brzmi nieco jak syk węża. Z drzwi za tronem wyłania się niski mężczyzna o bladej, ziemistej cerze i czarnych, tłustych włosach. Rozgląda się po zebranych nieprzyjaznym wzrokiem. – Eomerze!- Zwraca się do rycerza, który pozwolił jej zobaczyć się z królem.- Mówiłem ci już, że twojemu wujowi nie wolno przeszkadzać! Wiesz, że król jest zmęczony…
- Grima…- cicho odzywa się Theodem.- Daj jej powiedzieć.
Mężczyzna zaciska usta i staje za tronem.
- Przybyłam z daleka, znacznie zbaczając z trasy, którą powinnam przemierzyć, po to aby cię ostrzec panie. W stronę Edoras kieruje się wielka armia. To wszystko.
Schyla głowę. Grima syczy.
- Jakie masz na to dowody przybyszko? Dysponujesz czymś, co może potwierdzić prawdziwość twoich słów?
- Widziałam ich na własne oczy.
Mężczyzna śmieje się szyderczo.
- I cóż z tego? Nie wiemy kim jesteś, nie mamy żadnej pewności, że to co mówisz zawiera choć ziarno prawdy. A może właśnie próbujesz wywabić armię królewską, aby ułatwić wrogom atak na Edoras?
- Jak śmiesz…- Warczy dziewczyna-mówić coś takiego…
- Dość tego! Król nie będzie słuchał takich bredni. Straże! Wyprowadźcie ją i dopilnujcie, żeby opuściła miasto.
Gwardziści stają obok niej. Dziewczyna obrzuca Grimę pełnym złości spojrzeniem. Wychodzi na dwór. Toron staje pomiędzy nią, a rycerzami. Prycha gniewnie, ukazując białe kły. Ogon uderza o ziemię. Młody pachołek podaje jej miecz. Dziedziczka przypina go szybko. Zbiega ze schodów. Słyszy ciche szepty Rohańczyków. Lekko wskakuje na siodło. W pełnym cwale przemierza ulice i po chwili znajduje się już za bramą. Nie może teraz wyruszyć do Isengardu. Wbrew temu, co powiedział ten nędzny sługus, czuje, że większość zebranych uwierzyła jej. Zatrzymuje Alqua. Rozgląda się po równinie. Wiatr niesie zapach liści mallornów i kwiatów elanor. Quelle zamiast karku wierzchowca widzi twarz Haldira. Tęskni za nim. Ciekawe czy on również…
Słońce zachodzi oświetlając Kraj Koni krwawym blaskiem. To zły znak. Wróży nieszczęście…
******************************************
Już trzecia doba upływa na patrolowaniu okolic Edoras. Wschód słońca znów jest czerwony jak krew. Toron podnosi głowę. Alqua nastawia uszy. Niewyraźny dźwięk… Jęk rogu. Od północy majaczą ciemne punkciki. Na razie maleńkie, ale przybliżają się w bardzo szybkim tempie. Quelle wskakuje na siwka. Toron zostaje z tyłu, podczas gdy koń pędzi przez trawiaste równiny. Kilka chwil i wyraźnie widać bramę wjazdową do miasta. Pięć uderzeń serca i kopyta uderzają o kamienie. Drogę przed nimi zastępuje sześciu gwardzistów i trzech rycerzy. Rozpoznaje Eomera. Ściąga mocno wodze. Alqua zatrzymuje się kilka centymetrów od nich.
- Czego jeszcze tu szukasz? Nie wolno ci tu być.
- Wojska Isengardu nadciągają.
Eomer marszczy brwi.
- Jak daleko są od Edoras?
- Dzień drogi stąd.
- Nie zdążymy zebrać ludzi na obronę. Co mamy robić?
Dziewczyna spuszcza głowę. Nagle do głowy wpada jedna myśl. Uparcie krąży po umyśle.
- Nie wiem. Ale jest jeszcze szansa. Muszę zostać na chwilę sama. W ciszy.
Eomer prowadzi ją do komnaty w strażnicy. Zamyka za sobą drzwi. Quelle zdejmuje medalion i bransoletę. Rozpina włosy i ściąga spinkę z bursztynu. Nakłuwa delikatnie skórę na nadgarstku, Kropelka krwi spada na kamień bransolety. Zamyka ją w dłoniach. Opuszcza powieki i wycisza umysł. Skupia się na widoku, który zobaczyła kiedyś w Zwierciadle. Z pamięci wyłania się obraz armii. Dziewczyna szepcze w języku Targallów. Pieśń i modlitwę zasłyszaną kiedyś, kiedy żyła jej matka. Bransoleta robi się ciepła. Quelle otwiera oczy. Lśnią cale złocistym światłem. Są pełne wewnętrznej siły. Dotyka medalionu. Rozbłyska oślepiający blask. I to wszystko. Ale Dziedziczka jest już pewna. Pomoc przybędzie jeszcze dziś. Wychodzi na dwór. Eomer przygląda się jej z niepokojem. Coś się w niej zmieniło.
- Zbierz tylu ludzi ilu zdołasz. Pomoc nadejdzie tego wieczoru.
Słuchający ich rycerze patrzą na siebie zdumieni. Quelle odwraca się i wchodzi na mury obronne. Patrzy na pustą, spokojną równinę. Toron zniknął.

Godziny zdają się pędzić w szaleńczym tempie. Jeszcze nigdy zmierzch nie zapadał tak szybko. W ciszy rozlega się srebrzysty dźwięk rogu i melodyjny śpiew. W tren sposób nie brzmią ani instrumenty orków, ani elfów czy ludzi. Rohańczycy zapalają pochodnie. Na równinach pojawiają się jeźdźcy i piesi, łucznicy i miecznicy. U boku każdego z nich targal. Są także kobiety. Nad armią łopoczą flagi z siedmioramienną gwiazdą wpisaną w okrąg. Z godłem Targallów. Jeszcze raz rozlega się dźwięk rogu. Nagle przed bramą pojawia się młody mężczyzna o żółtych oczach. Podchodzi, nie zatrzymywany przez nikogo, do Quelle. Uśmiecha się.
- Quelle, nasze wojska są gotowe. Ci, którzy odeszli pojawią się rano.
Dziewczyna zagląda w jego oczy. Poznaje ten błysk w ich głębi.
- Toron? To ty? Ale to niemożliwe…
- To ja. I to jest możliwe. Wiesz dlaczego Targallowie zniknęli? Ango rzucił klątwę. Większość tych, którzy przeżyli nagonkę, zostało przemienionych w targale.
Nick:nina_haldirowa Dodano:2003-04-28 17:37:36 Wpis:Koffam Was !!!!!!Wróciłam!!A ta, co ma coś do mojego natchnienia związanaego z Harrym Potterem niech się wypcia. Dziękuję i WITAM EVERYBODY
Nick:Srebrna Dodano:2003-04-28 13:54:55 Wpis:Piszę kolejne opowiadanie... "Łza Córeczki Elfów". Może wam je przedstawię... Ale to nie jest pewne.
Nick:Srebrna Dodano:2003-04-28 13:16:39 Wpis:Wpisuję szybko i idę popłakać...

kolejny kawałek IV części

Galadriela stoi na tallarze. Zamyka w dłoni kwiat elanor. Już wkrótce wszystko się wypełni. Świat ulegnie zmianie. Na lepsze czy na gorsze? Odpowiedzi na to pytanie nie zna nikt. Jutro ma przybyć Drużyna Pierścienia, a Quelle ruszy w końcową drogę. Wiele się zdarzy… Żal jej Haldira. Ciężko znosi myśl o rozstaniu ze swoją ukochaną. Królowa znika we wnętrzu domu. Wszystko się jakoś ułoży.
***************************
Quelle siodła Alqua. Koń jest wypoczęty i w świetnej kondycji. Jeszcze nigdy nie wyglądał tak dobrze. Haldira i jego braci nie ma w Karas Galadhon. Wyjechali kilka dni temu na patrol. Pakuje sakwy. Dostała od elfów spory zapas lembasów i zwój liny. Poprawia torby przy siodle. Zarzuca na ramiona ciemnoszary płaszcz. Przypasuje miecz. Toron przygląda się jej. Wie, że rozpoczyna się ostatni odcinek ich wędrówki. Alqua parska cicho. Trąca chrapami jej dłoń. Dziewczyna obraca się. Na skraju polany stoi Haldir z Orphinem. Obok nich ośmioro nieznajomych. Czterej są wzrostu i postury dzieci, mają duże, owłosione stopy. Wyglądają zabawnie. Po raz pierwszy spotyka kogoś takiego. Kolejni dwaj to mężczyźni. Ale nie zwykli. Czuje, że są szlachetnego pochodzenia. Za nimi stoi jasnowłosy elf o łagodnych oczach i naburmuszony krasnolud. Dziewczyna przerzuca wodze przez kark wierzchowca. Podchodzi do Haldira. Wita wszystkich we Wspólnej Mowie.
- Już wyjeżdżasz Quelle?
- Tak. Chciałam ci tylko powiedzieć „do zobaczenia”.
Elf dostrzega łzy w jej oczach.
- Nie płacz. Przecież wiesz, że na pewno się jeszcze zobaczymy. Bądź dzielna.
- Będę… Będę dla ciebie.
Uśmiecha się przez łzy. Wskakuje na siodło. Alqua podrzuca głowę. Dziewczyna ogląda się jeszcze na zebranych. Na Haldira… Podnosi dłoń i krzyczy.
- Namarie!
Koń rusza cwałem. Toron przemyka między srebrnymi pniami mallornów. Wyjeżdżają z Lothlorien. Ich droga wiedzie wzdłuż lewego brzegu Audiny. Później będą musieli przekroczyć Mętną Wodę i Rzekę Entów, ale przed nimi jeszcze długie dni wędrówki. Jeszcze jedno spojrzenie przez ramię na wspaniały pejzaż Złotego Lasu. Alqua przechodzi do kłusa. Kopyta uderzają o miękką ziemię. Jasne niebo zasnuwają szare chmury. Targal biegnie przodem, lekko i zwinnie. Quelle wyciąga rękę. Pojedyncze promienie słońca odbijają się od bransolety. Jest niezwykle piękna. Haldir miał rację. Wydaje się stworzona dla niej. Dziewczyna zbiera wodze. Wierzchowiec idzie stępa. Dziedziczka rozgląda się po okolicy. Po jednej stronie toczy swoje ciemne wody Wielka Audina, po drugiej ciągną się zielone równiny. Wokół nich cisza. Nie słychać śpiewu ptaków, ani wesołego szumu wiatru, buszującego pomiędzy liśćmi. Tylko cichy szelest trawy.
*********************************
Zapada zmierzch. W mroku widać białą sylwetkę wierzchowca, ciemną postać kota i śpiącą dziewczynę.
**********************************
I wschód słońca ukazujący pędzącego jeźdźca. Kolejny dzień posuwają się do przodu.
**********************************
Kolejny wieczór. Na niebie świecą gwiazdy. Quelle siedzi na lśniącej od rosy trawie. W oddali błyskają srebrem wody Audiny. Zboczyli z trasy. Muszą dotrzeć do Fangornu, aby przedostać się na drugą stronę Mętnej Wody. Jeszcze tylko klika dni. Ale do Isenagardu wciąż będzie bardzo daleko. Przymyka oczy. Alqua podnosi głowę. Wiatr przeczesuje jego grzywę. Toron prycha gniewnie. Wśród ciszy nocy rozlega się przeciągłe wycie. Wilki? Na tych równinach? Głos rozlega się jeszcze dwukrotnie. W ten sposób nie wyje żaden wilk. Dziewczyna wyciąga miecz. Ostrze lśni jasnym, białym światłem. W ciemności błyskają pełne gniewu oczy. Głuchy warkot. Targal skacze na niewidoczne zwierzę. Krótki skowyt i skomlenie, a później cisza. Bure cielska. Jęk miecza i głuche uderzenia. Straszliwy charkot. Alqua staje dęba. Jego rżenie brzmi niesamowicie, groźnie. Kopyta opadają na grzbiety stworzeń. Szamotanina i straszliwy ryk Torona. Wycie wilków. Ocalali napastnicy oddalają się. Blask miecz przygasa. Quelle przywołuje kota. Dotyka pręgowanego futra. Jedno ucho jest postrzępione i spływa krwią.
- Biedaku…
Wyciąga z sakwy maść i napar z liści athelas. Opatruje ranę. Pierwsze promienie słońca oświetlają pole bitwy. Na trawie leżą ciemne cielska dziwnych zwierząt. Przypominają wilki, ale są duże większe. Dziewczyna patrzy na straszliwie wykrzywione pyski, obnażone białe kły. Galadar kiedyś mówił o takich istotach… Wargowie. Stworzenia, które materialne kształty uzyskują jedynie w mroku. Nie traci czasu na przygotowanie śniadania. Wystarcza jej jeden lembas. Alqua rży. Z oddali słychać odpowiedź. Wierzchowiec trąca ją w ramię. Kolejny dzień podróży. Nie powinna zatrzymywać się na noc. Szkoda tracić czasu.
***************************************
Kopyta wierzchowca zanurzają się w wodzie. Koń z chlupotem brodzie w zimnym nurcie. Dziewczyna zmusza go do przejścia przez dość wąską w tym miejscu rzekę. Na drugim brzegu pozostał pręgowany kot. Kolejny raz przymierza się do przekroczenia wody. Słyszy cichy głos swojej pani. Z niechęcią moczy futro. Już drugi raz wchodzą w mroczny gąszcz Fangornu. Promienie słoneczne z trudem przedzierają się przez zwarte liście drzew. Las jest bardzo stary. Czuje się to w smaku powietrza. Quelle zsuwa się z siodła. Bierze wodze w dłoń. Przez ostatnie dwa dni wędruje jak we śnie. Coś w środku, w sercu, prowadzi ją do celu. Słyszy jeden głos. Szepcze jej pokrzepiające słowa. Każe jej zaufać swojej intuicji. Ostrzega przed coraz bliższą obecnością upiorów Ango. Wędrują przez las. Pod stopami szeleszczą opadłe liście. Toron rozgląda się czujnie. W starożytnym gąszczu Fangornu staje się nieufny i nerwowy. Drzemią tu uśpione, potężne siły. Alqua trąca ją w bok. Im szybciej opuszczą to miejsce, tym lepiej. Wynurzają się z lasu. Przekroczyli już Rzekę Entów. Przed nimi równiny Rodanu i Nan Gurun- Dolina Czarodzieja, gdzie mieści się Isengard. Dziewczyna nie wsiada na wierzchowca. Idzie obok niego, z dłonią na rękojeści miecza. Niebo nad nimi ma piękną, czystą barwę. Jest chłodno, bo to pierwsze tygodnie wiosny. Z trawy wyłaniają się maleńkie, błękitne i żółte kwiaty. Alqua potrząsa grzywą. Parska radośnie. Rży. Quelle słyszy odpowiedź, tętent tabunu koni. Widzi je. Piękne zwierzęta o różnorodnej maści. Kare, kasztanowe, siwe, bułane. Zatrzymują się kilka metrów przed nimi. Parskają nieufnie. Przed inne wysuwa się wielki, czarny jak smoła ogier. Przygląda się jej pełnymi wyrazu oczami. Jeszcze jeden krok. Całe stado trwa w napięciu. Coraz bliżej. Wyciąga aksamitne chrapy w stronę jej dłoni z bransoletą. Pysk trąca rękę… Koń potrząsa głową. Inne zwierzęta zbliżają się. Obserwują ich. Quelle czuje ich ciepłe oddechy. Nie boją się jej. Alqua oddycha głęboko. Dziewczyna wskakuje na siodło. Zbiera wodze. Jadą w otoczeniu stada dzikich koni. Towarzyszą im przez dwa dni. Opuszczają dopiero na równinie zwanej Wrotami Rodanu. Przed nimi droga do Nan Gurun. Toron staje na sztywnych łapach. W ciemnobrązowych oczach widać napięcie. Coraz bliżej miejsca, w którym dokonała się jego przemiana. Quelle szepcze coś cicho. Alqua zrywa się do galopu…

Przez następna dni nie spotykają nikogo. Tylko czasem niewielkie grupki rohańskich rumaków. Niebo jest czyste i błękitne. Wiatr zgina źdźbła traw. Alqua zatrzymuje się. W oddali widać nieco zamglone pasmo górskie. Isengard… Krąg. Toron wysuwa się do przodu. Ogień drży, uderza o ziemię. „Już wkrótce Ango! Spotkasz wreszcie potęgę równą twojej…”
***********************************
Quelle trzyma wierzchowca krótko przy pysku. Wkraczają w cień rzucany przez górski szczyt. Targal przemyka pomiędzy głazami. Żwir chrzęści pod stopami. Oprócz tego słychać uderzenia młotów. Znad doliny unoszą się dymy. Wiatr gwiżdże w skalnych szczelinach. Ziemia jest naga i spalona. Nie ma zwierząt, nie ma ptaków. Tylko raz na niebie pojawia się wielkie stado wron i znika za górami. Kot staje jak wryty. Przypada do ziemi. Od strony Nan Gurun dobiega dźwięk rogu. Siwek cofa się gwałtownie do tyłu. Quelle wie, dlaczego. Wyciąga miecz. Ostrze lśni jak latarnia. Ciężkie kroki w wąwozie. Dziewczyna wskakuje na siodło. Przywołuje Torona. Zawraca wierzchowca. Kopyta wzbijają tumany kurzu, dzwonią po skale. Alqua lekko biegnie po wąskiej, stromej ścieżce prowadzącej na szczyt grani. Zatrzymuje się dopiero na końcu drożynki. Spogląda na swoją panią. Dziewczyna patrzy w dół. Znów rozlega się przenikliwy dźwięk rogu. Zza skał wyłania się maszerująca kolumna orków w czarnych pancerzach. Są ich przynajmniej trzy setki. Ale to jeszcze nie koniec. Jęki i szepty, szare, rozmyte sylwetki… Serce Dziedziczki przez jedną chwilę przestaje bić. Upiory… Tysiące widm. Targal drży. Wpatruje się w maszerującą armię. Ogląda się na łowczynię. Jego wzrok jest pełen lęku. Czekają, aż ostatni żołnierz zniknie za zakrętem, aż opadnie kurz. Quelle ostrożnie sprowadza wierzchowca na drogę. Podąża za maszerującymi. Toron zostaje z tyłu. Wspina się na skały. Czuje, że coś jest nie w porządku. Ale idzie. Musi chronić swoją panią. Łapy uderzają o twardą, czarną ziemię.

Zmierzch zapada szybciej, bo niebo zasnuwa dym. W szarym półmroku trudno znaleźć drogę. Panuje całkowita cisza. Ucichły uderzenia młotów. Pośród cieni przemyka ciemny kształt. Jest spokojnie. Quelle rozgląda się dookoła. Alqua pochyla głowę. Kładzie uszy płasko na głowie. Dziewczyna czuje, jak drży. Nagle ciszę przerywa ostry dźwięk rogu sygnalizacyjnego.
- To niemożliwe- szepcze Quelle- przecież już przejechali!
Róg odzywa się po raz kolejny. Słychać uderzenia setek stóp i zawodzenie. Upiory! Dziedziczka zmusza wierzchowca do cwału. Kopyta uderzają o ziemię wzbijając tumany duszącego pyłu i kurzu. A wojska nadciągające z Isengardu są coraz bliżej. Alqua pędzi w szaleńczym biegu. Dziewczyna pochyla się nad jego karkiem. Stara się nie patrzeć przed siebie, na migające w mroku cienie i przeszkody. Widzi łunę pożaru, ale nie może zahamować konia. Oślepia ją blask ognia. To płonie część traw w wyjazdu do Nan Gurun. Siwek rży rozpaczliwie i staje dęba. Quelle nie może utrzymać się w siodle. Spada na ziemię. Słychać huk. Między nią, a wierzchowcem wznosi się słup ognia. Spłoszony koń znika za ścianą płomieni. Dym kłębi się duszącymi chmurami. Dziewczyna kaszle i krztusi się. Z trzasku płomieni wybija się jęk rogu. Nagle z dymu i ognia wyłania się czarna, wielka sylwetka dzikiego ogiera. Staje nad nią. Trąca chrapami. Nakłania do wspięcia się na swój grzbiet. Quelle łapie czarnej grzywy i przylega do jego karku. Znów róg. Karosz zrywa się do biegu. Kopyta dudnią po ziemi. Wszystkie dźwięki mieszają się ze sobą. Dziedziczka słyszy tylko huk i czuje gorące podmuchy powietrza na twarzy. Zamyka oczy. Toron! Mogło mu się coś stać. Dziki koń pędzi przez ogarnięty pożarem obszar. Po kilku minutach, które wydają się wiecznością, wynurzają się z piekła. Ale rumak nie zwalnia. Cwałuje w stronę stolicy Rohanu. W chwilę później dołącza do niego reszta stada. Księżyc wychodzi zza chmur ukazując dziewczynę na grzbiecie olbrzymiego, czarnego konia w otoczeniu „gwardii” przybocznej. Od strony Nan Gurun biegną do nich śnieżnobiały wierzchowiec i wielki kot. Wschód słońca zastaje stado w drodze. Zatrzymuje się dopiero na wzgórzu, skąd widać miasto. Quelle zsuwa się z grzbietu ogiera. Przez całą noc prawie nie spała. Przeciąga się. Toron trąca ją w dłoń. Zmusza, aby spojrzała prosto w jego oczy. W czarnej głębi źrenic kłębią się obrazy. Maszerujący orkowie i widma. Ogień i płonąca stolica Rohanu. Ciemna kolumna żołnierzy w grubych pancerzach z bronią w dłoniach.
- Oni maszerują na Edoras! Muszę ostrzec mieszkańców.
Stado odwraca się i odchodzi. Tylko czarny ogier staje naprzeciwko niej. Zagląda w złociste, kocie oczy. Rży na pożegnanie i podąża za tabunem. Quelle opiera się o grzbiet Alqua. Jej ciało stanowczo protestuje przeciwko każdej kolejnej chwili w siodle, ale wie, że musi jechać. Toron biegnie przodem.
Nick:Srebrna Dodano:2003-04-27 15:57:35 Wpis:Rany boskie... Nie mam na nic czasu!!! Ale kńczę opowiadanie i zostało mi tylko 13 stron do przepiasania. A oto mój ulubiony fragment tzn (będzie tam)

kolejna część IV części...

Tak dawno o tym nie myślał. Prawie zapomniał, że jest pół krwi Targalem. Do wody sfruwa liść. Powierzchnia sadzawki marszczy się, ale szybko znów staje się gładka. Pojawiają się obrazy. Tak jak wcześniej widział swoich rodziców i siostrę, tak teraz ukazuje mu się Inte i jego dwie córki. Mała Quelle, która wdała się w matkę i jej starsza siostra Valpio. Musiał odejść zaraz po ich urodzeniu. Tak. Quelle ma wszystkie cechy rodu Targallów i nieco cech elfów. A Valpio? Ona przypominała ojca. Przypominała… Tęskni za nimi. Scena zmienia się. Ogień i pożar. Czarna ziemia, powietrze drży z gorąca. Twarz! Twarz młodego chłopca o przenikliwych, żółtych oczach. Poruszenia za nim. Błysk białka oczu… Woda mętnieje, znów odbija tylko światło gwiazd. Daltar oddycha ciężko. Z szelestu liści wybija się perlisty śmiech. Jej śmiech… Słodka Inte… Idzie za głosem. Zatrzymuje się przy drzewach. Ich splecione gałęzie tworzą wygodną kolibę. Srebrnowłosy układa się w niej. Zasypia ukołysany głosem wiatru i śpiewem Inte…

***********************************
Quelle podnosi głowę. Patrzy na uśmiechniętą twarz Haldira. Delikatnie gładzi go po karku. Muska ustami aksamitną skórę. Wstają i wychodzą na dwór. Obok nich krąży Toron. Do południa spędzają czas spokojnie. Słońce świeci jasno, w trawie złocą się kwiaty elanor. Ale miły nastrój burzy pojawienie się Gildora. Elf staje przed nimi. Twarz nie wyraża niczego.
- Quelle, przekazuję ci rozkaz pani Galadrieli. Oczekuje cię w swoim ogrodzie. Musisz być kimś niezwykłym… - Dodaje po chwili milczenia.- Chodź za mną.

Prowadzi ją przez las. Dziewczyna widzi piękno, które trafia prosto do serca. Nie odzywa się. Słyszy miękkie pacnięcia łap. Odwraca głowę. Napotyka pełne wyrzutu spojrzenie Torona.
- Panie, czy mój przyjaciel może iść ze mną?
- Tak. Kot może ci towarzyszyć.
Zielony żywopłot, okalający owiany tajemnicą ogród królowej Galadrimów. Łowczyni wkracza pogrążoną w szmaragdowym cieniu, głęboką kotlinę. Staje nad srebrzystym strumieniem wijącym się na jej dnie. Pochyla się z szacunkiem widząc smukłą, niezwykle wysoką postać Galadrieli.
- Witam cię pani. To dla mnie wielki zaszczyt spotkać się z tak wielką władczynią.
W mądrych oczach królowej pojawia się i znika cień uśmiechu.
- Witaj Quelle, Dziedziczko z rodu Targallów.
Dziewczyna patrzy na nią ze zdziwieniem. Skąd o tym wie? Nawet Haldirowi nie powiedziała o swojej tajemnicy.
- Skąd wiem, kim jesteś? – Galadriela zatrzymuje na niej swój przenikliwy wzrok. Dziewczyna opuszcza głowę. Czuje się nieswojo. Toron staje pomiędzy nią, a królową. – Zdradzają cię oczy. Ale przewidziano twoje narodziny. Także to, że zjawisz się kiedyś w Lothlorien. Wiem o zadaniu, które musisz wykonać. Już niewiele brakuje do ziszczenia planów Ango. Już teraz hordy widm pojawiają się na całym świecie. Nawet tu, na granicach Złotego Lasu. Musisz bardzo się spieszyć. Czeka cię bardzo trudna misja. Wiem, że należysz do szlachetnego rodu. Dlatego zapytam cię. Czy chcesz zajrzeć w Zwierciadło Galadrieli?
- Nie wiem pani.- Odpowiada zakłopotana. – To dla mnie ogromny zaszczyt. Myślę, że bardzo bym tego pragnęła…
Schodzą na dno kotliny. Zatrzymują się przy podstawi wyrzeźbionej w kształt korony drzewa, na której stoi srebrna misa. Galadriela napełnia ją wodą ze strumienia.
- A więc spójrz Quelle. Wiedz jednak, że zwierciadło może ukazać z własnej woli obrazy, o które nikt nie prosił. Czasem pokazuje teraźniejszość, przeszłość lub przyszłość. Lecz nawet największy mędrzec nie jest w stanie rozpoznać czy to, co widzi jest prawdą.
Dziewczyna podchodzi do misy. Patrzy w wodę, w której odbija się jedynie czyste niebo. Nagle jednak zwierciadło staje się całkiem czarne, a w chwilę później szarzeje. Dzień, słoneczny i jasny. Olbrzymi smukły pałac, otoczony kwitnącymi krzewami róż. Wśród drzew srebrna wstążka strumienia. Na krużganku stoją cztery osoby. Srebrnowłosy elf, w którym rozpoznaje członka Bractwa z Rakkalepte. Obok niego dwie małe dziewczynki i smukła, piękna kobieta. Zna ją, tak samo jak elfa i dzieci. To jej rodzina… Obraz zmienia się. Setki widm, tysiące kotów. Targale umykające do lasów. Czarne postacie z długimi mieczami, na wielkich koniach w czerwonych kropieżach. Widać też łuczników. Zwierzęta uciekają, ale strzały raz po raz trafiają w płowe ciała. Targale padają na ziemię. Gdzieś w mroku majaczą smukłe postacie. Lśnią pełne gniewu oczy. Jęzor ognia liżący suchą trawę. Płomienie ogarniają ziemię. Blask oświetla setki ciał martwych kotów. Dym zasnuwa powierzchnię zwierciadła. Przez liście mallornów na misę pada promień słońca. Kolejny obraz. Olbrzymia armia stojąca na wzgórzu. Jeźdźcy, piechurzy, łucznicy, obok nich targale. Nad wojskiem łopoczą chorągwie, a na nich złocista, siedmioramienna gwiazda wpisana w okrąg. Scena zmienia się. Lśnienie miecza i wężooki. Przed nim widmo jej matki i srebrnowłosy członek Bractwa. Czerwone krople krwi… Woda w misie marszczy się. Zwierciadło odbija już tylko niebo. Pośród szelestu liści rozlegają się ledwie słyszalne głosy. Dziewczyna rozumie je. Przypomina sobie język, którym posługiwali się jej przodkowie. Mowa Targallów. A srebrnowłosy jest jej ojcem. Dlaczego nie powiedział?
Galadriela patrzy na nią. Wie, co zobaczyła i co teraz odczuwa.
- Kiedy będę musiała wyjechać pani?
- Za kilka tygodni. Wiem kim jesteś. Ostatnią z rodu Targallów. Dlatego ostrzegam cię. Ango jest bardzo niebezpieczny i bezwzględny. Jego widma boją się światła. To twoja jedyna ochrona przed nimi. Do zobaczenia Dziedziczko.
- Do zobaczenia pani.
Quelle opuszcza ogród królowej. Toron trąca ją w dłoń. Widzi, że jego pani jest smutna. Docierają do kwater. Haldir już na nią czeka. Wpada mu w ramiona. Tuli się do jego piersi. Po policzku spływa pojedyncza łza.
- Co się stało moja ukochana?
- Muszę wyjechać Haldirze. Za klika tygodni.
- To dużo czasu. Quelle, dlaczego jesteś taka tajemnicza?
- Tego wymaga odemnie moja misja. Ale kiedy wrócę „jeżeli wrócę”- dodaje w myślach- nie będzie między nami tajemnic. Obiecuję ci to.
- Dobrze Quelle. Chcę ci coś podarować.
Wyciąga dłoń. Zamyka na jej nadgarstku szeroką, złotą bransoletę. Wygrawerowano na niej liście, wijące się wokół obręczy. Tkwią w niej cztery klejnoty o pięknej złocistej barwie.
- Jest piękna…
- Należała do mojej matki. Te cztery kamienie to ogniste opale. Mówią o nich, że zaklęto w nich promienie słoneczne z pierwszych dni Śródziemia. Pasuje do ciebie idealnie.
Uśmiecha się. Toron podchodzi do niego i podsuwa głowę pod rękę. Quelle patrzy na niego ze zdumieniem. Nigdy nie pozwolił się dotknąć nikomu oprócz niej i Galadara. Kot zwraca ku niej ciemnobrązowe ślepia. Wymowa jego spojrzenia jest jasna. „Widzisz? Zaakceptowałem go. Jest ciebie wart, a ja chcę, byś była szczęśliwa.” Elf muska jej policzek ustami. Idą miękko po grubej trawie. Zatrzymują się na niewielkiej polance. Między korzeniami mallorna rosną poduszeczki mięciutkiego, sprężystego mchu. Dziewczyna zarzuca ręce na szyję Haldira. Patrzy prosto w jego twarz. W oczach płoną łobuzerskie ogniki.
- Spędźmy ten czas jak najlepiej!- Śmieje się.
Strażnik przyciska ją do drzewa. Palce wędrują pod złocistą bluzkę. Drugą dłonią rozpina płaszcz. Quelle nie pozostaje mu dłużna. Rozsupłuje rzemyki jego spodni. Całuje go w szyję, łaskocze w ucho. Palce ześlizgują się po aksamitnej skórze coraz niżej. Elf podnosi ją i kładzie na mchu. Ręce delikatnie pieszczą piersi. Dziewczyna odwraca się na bok. Patrzy z zachwytem na jego ciało. Język drażni rozpaloną skórę. Chcą nacieszyć się sobą jak nigdy dotąd…
Toron przygląda się im zza drzew. Słyszy jęki rozkoszy kochanków, ich przyśpieszone oddechy. Oczyma wyobraźni widzi te pełne miłości spojrzenia. On też kiedyś leżał na mchu… Póki żyła Valpio, córka Daltara i Inte. Ale zginęła w obronie Dziedziczki, jako targal. Nazywano ją Wayia. Sprawcą jej przemiany był Ango. Kochał ją. A gdy umarła… Wyczuł to. Ten straszliwy ból ogarniający ciało i duszę. Rozpacz, gdy przekonał się, że to prawda. Valpio pochodziła z królewskiego rodu. Jak każdy, w którego żyłach płynęła szlachetna krew, posiadała w świątyni swoje drzewo. Przyszedł tam wtedy i zobaczył, że jej uschło. Wył z rozpaczy jak ranny wilk. A później stanął twarzą w twarz z Ango! Myślał, że da mu radę. Tymczasem wystarczyło jedno spojrzenie tego demona, aby stał się tym, kim jest teraz. Uciekł. Wędrował wiele miesięcy. Aż dotarł do Północnych Lasów. Natknął się na elfa- łowcę, który zabrał go do Rakkalepte i podarował Quelle. Dziedziczce, z którą oddała życie jego ukochana.
Oddala się od polany. Kładzie się pod drzewem. Wdycha zapach elanor. Dostrzega smukłą sylwetkę z kołczanem na plecach i łukiem w dłoni. Jasne, złote włosy opadają na ramiona. Targal rozpoznaje Orphina. Czuje jego żal i smutek. Patrzy jak się oddala. Wraca do Haldira i Quelle. Elf śpi z głową na jej kolanach, z ciepłym uśmiechem na ustach. Dziewczyna opiera się o korzeń. Gładzi dłonią czoło kochanka. Patrzy w gwiazdy. Pośród szeptu wiatru znów słyszy głos matki. Opuszcza powieki. Ręka zastyga na karku Haldira. Śpią już oboje…
***************************************
Nick:elanor_of_mirkwood Dodano:2003-04-26 19:53:20 Wpis:hmm... widze ze tu tez sa "lubiezne zachcianki Haldira"... Moowie Wam wszystkim: ten text warto przeczytac!!!! normalnie zdychalam ze smiechu.. ))
Nick:Srebrna Dodano:2003-04-26 18:53:00 Wpis:Witajcie koffani!
Mam znowu problemy z srewerem i modemem, ale za to pisałam długo i radośnie. Już mam prawie połowę

IV części ciąg dalszy
Quelle ziewa. Teraz jest już całkowicie rozbudzona. Rozgląda się po pokoju. Na ścianach wiszą dwa przepiękne pejzaże. Drewniana podłoga, jasna i czysta, duże, wysokie okno. Jeszcze raz spogląda na Haldira. Chce, żeby coś powiedział. Jego głos sprawia, że drży. „Co się ze mną dzieje?” Elf posyła jej kolejny, piękny uśmiech. Dotyka dłonią jej szyi. Oczy lśnią lekko. Przez okno wpada wiatr. Igra przez chwilę w jego włosach. Na zewnątrz słychać cichy pomruk.
- Toron? Panie, gdzie jest mój kot?
- Na zewnątrz. Nie może tu przebywać. Quelle… proszę, mów mi po imieniu…
- Dobrze. Jeżeli chcesz.
Z dołu dobiega świst. Elf wstaje. Trzyma jeszcze przez chwilę jej rękę w swoich dłoniach.
- Muszę iść. Obowiązki wzywają.
Dziewczyna patrzy jak odchodzi. Zastanawia się nad swoimi uczuciami. Czy to możliwe, żeby się zakochała? W Rakkalepte nie stykała się z wieloma elfami, ani ludźmi. Częściej widywała Fleki, a nieco starsza Verya była taka tajemnicza. Imponowała jej. A ten dumny, budzący szacunek elf dotknął nieznanej dotąd struny w jej sercu. Słyszy ciche głosy za drzwiami. Przez okno wpadają promienie słońca, przesiane przez liście. Drzwi otwierają się. Orphin! Brat strażnika staje w progu.
- Nie przeszkadzam ci?- pyta. Kiepsko idzie mu posługiwanie się Wspólną Mową.
- Nie. Możesz mówić po sindarińsku. Znam dobrze ten język.- odpowiada w jego ojczystej mowie.
Przygląda się jej ze zdumieniem.
- Gdzie się go tak dobrze nauczyłaś?
- W domu. Przez prawie całe moje życie mieszkałam z elfami.
Orphin podchodzi do niej. W jego zielonych oczach widać troskę, kiedy spogląda na jej obandażowane ramię.
- Jak się czujesz?
- Nieźle.
Strażnik siada na krześle. Zabawia ją rozmową. Jest bardzo miły. Tak pięknie opowiada o Lothlorien…

Dni mijają szybko. Haldir i Orphin przychodzą do niej codziennie. Toron cały czas czuwa.

Ostatni dzień pobytu w łóżku. Quelle siedzi na brzegu posłania, a szarooki medyk odkrywa ranę.
- Możesz już chodzić, osłabienie minęło, ale rana i bark będą się goić nawet przez miesiąc, a później trzeba będzie czasu, abyś całkowicie powróciła do zdrowia.
Dziewczyna zaciska pięść. Dłonie drżą. Przez jedno głupie posunięcie musi opóźnić swój wyjazd o ponad dwa miesiące. Pochyla głowę. Szarooki smaruje ranę. Łowczyni zaciska zęby, kiedy maść zaczyna działać. Jeszcze tylko bandaże. Medyk wychodzi. Quelle wstaje. Podchodzi do okna. Patrzy na srebrzyste gałązki, zielone, drżące listeczki. Na dolnym tallarze widać elfy. Słychać cichy pomruk Torona. Haldir! Srebrzystowłosy strażnik niesie złożone ubrania. Uśmiecha się, a w brązowych oczach płoną wesołe iskierki.
- Twoje stare ubrania uległy zniszczeniu, ale przyniosłem ci inne. Przebierz się. Poczekam na zewnątrz.
Wychodzi. Dziewczyna przywdziewa długą, złocistą suknię i wysokie buty z miękkiej skóry. Związuje włosy i spina je spinką z bursztynu. Haldir postarał się przy doborze stroju. Nad materiałem lśni lekko delikatna aureola jego uczuć. Najsilniejsza jest radość i czułość. Wychodzi na świeże, rześkie powietrze. Wiatr muska jej policzki. Oddycha głęboko. Toron trąca ją w plecy. Gładzi go po szarym futrze. Gdyby nie miała misji do spełnienia, z pewnością byłaby wdzięczna za takie zrządzenie losu. Elf stoi przy schodach. Wyciąga rękę.
- Chodź! Pokażę ci piękno Lothlorien.
Jego smukłe palce zaciskają się na jej dłoni. Schodzą z tallaru. Targal cicho kroczy za nimi. Słońce, zielone liście, ciepło oraz obecność Haldira sprawia, że zapomina o swojej złości. Stopy zanurzają się w aksamitną, chłodną trawę. Kropelki rosy lśnią na źdźbłach. Z koron drzew dobiega śpiew, jak szept strumienia. Dziewczyna zatrzymuje się i wsłuc***e w tą melodię. Strażnik uśmiecha się. Zaczyna nucić wesołą piosenkę. Quelle poddaje się jej rytmowi. Idzie lekko, a elf trzyma ją za rękę. Nie odchodzą daleko. Ona jest zmęczona. Siadają na trawie. Haldir zrywa jeden złocisty kwiatek. Wplata go jej we włosy. W oczach znów płonie wesoły ognik. Toron staje nagle. Jego słuch jest czulszy nawet od słuchu elfa. Z pomiędzy drzew wychodzi Orphin. Wita się z nimi. Obrzuca ją długim, czystym spojrzeniem. Przynosi złe wieści. Nad Kelebrant pojawili się orkowie i Haldir musi wyjechać Quelle patrzy na niego ze smutkiem. Przez te dwa tygodnie bardzo go polubiła Strażnik wstaje. Jest teraz taki dumny, z jego postawy bije ogromna siła.
- I znów wzywają mnie obowiązki. Ale mój brat dotrzyma ci towarzystwa.
Znika pomiędzy mallornami. Czuje na sobie jej smutne spojrzenie, ale nie ogląda się. Stara się nie pokazać jak bardzo mu się podoba. Nie narzekała i jechała dalej z fragmentem strzały, a przecież rana na pewno sprawiała wiele bólu. Idzie szybko. Powraca myślami do złocistych oczu o pionowych źrenicach. Potrząsa głową. Jasne włosy spadają na policzki. Po raz kolejny zastanawia się, kim jest ta dziewczyna. Na pewno nie człowiekiem. Quelle… Wspomina imię, które wymieniła. Galadar. Nie może oprzeć się wrażeniu, że już je kiedyś słyszał. Drzewa przerzedzają się. Haldir wyjmuje niewielki róg sygnalizacyjny. Gra trzy dźwięki. Z konarów mallorna spływa drabinka. Strażnik wspina się szybko. Staje na tallarze. Patrzy na wysokiego smukłego elfa o szarych włosach.
- Co się stało Gildorze? Orphin mówił o orkach.
- Orkowie i wargowie kapitanie. Moi strażnicy widzieli kilka oddziałów nad Srebrną Żyłą. Szykują się do jej przekroczenia.
Elf wzdycha. Kolejna taka wyprawa. Zanim wytropią i wybiją wszystkich, może minąć nawet tydzień.
- Gildorze, czy znasz kogoś o imieniu Galadar?
-Szarowłosy mruży oczy.
- Tak… Pochodził z Mrocznej Puszczy, ale kilkakrotnie przyjeżdżał do Lothlorien, do pomocy przy patrolowaniu granic. Sam go szkoliłem. Aż pewnego roku wyruszył wraz z niewielkim odziałem. Nikt z nich nie wrócił. Tak… Pamiętam go. Zawsze uwielbiał ptaki. Miał sokoła. Nie pamiętasz go?
Teraz sobie przypomina Rzeczywiście przyjeżdżał do Lothlorien... Ale to było wieki temu. On sam był wtedy małym elfikiem. Pamięta tego milczącego elfa. Zawsze trzymał się sam, na uboczu. Chodził często na długie spacery po lesie. A raz pozwolił mu wziąć sokola na rękę. Lubił go, choć wtedy Haldir nie miał pojęcia o niczym, co mówił. Został jego przyjacielem. Zagubione wspomnienia wracają. Rozpacz, kiedy okazało się, ze odział Galadara zaginął… I nagle okazuje się, że żyje. Ale może to nie on? Nie ma czasu na rozmyślania. Głos Gildora każe mu wrócić do rzeczywistości. Wybiera kilku elfów. Kierują się nad Srebrną Żyłę.

Quelle siedzi z Orphinem na miękkiej trawie. Wsłuc***ą się w szelest liści. Wszystko tutaj jest inne. Powietrze ma głębszy smak. Zieleń jest czystsza i świeższa. Elf przygląda się jej dyskretnie. Obserwuję grę światła na płowych włosach. Złociste oczy błyszczą lekko. Kocie źrenice zwężają się. Miękkie pacnięcia łap. Toron kładzie się na boku. Jest tak spokojnie. Strażnik uśmiecha się. Teraz przypomina swojego brata. Zza mallornów wychodzi duży odział elfów. Podnoszą dłonie na powitanie. Quelle przygląda się im. Nie przypominają łowców z Rakkalepte. Ich warze są jasne. Nie znają lęku ani grozy. Widać po nich, że nigdy nie tropili samotnie ludzi bezwzględnych i gotowych na wszystko, często z wielokrotną przewagą liczebną. Ale promieniuje od nich duma i siła. Czuć wyraźnie, że w czasie pokoju wolą oddawać się sztuce. Dziewczyna patrzy jak odchodzą. W pałacu rzadko śpiewano pieśni. Większą część mieszkańców stanowili łowcy, a oni rzadko zatrzymywali się na dłużej niż kilka dni. Spogląda na Orphina. W jej oczach widać tęsknotę. Tak… Myśli o Verya, o Galadarze i srebrnowłosym elfie. Wie już, że kiedy wróci nic nie będzie takie samo. Stosunki między nią, a elfką na pewno ulegną zmianie. Gdyby nie ten odział orków… Całe jej życie odmieniło się przez jedną strzałę. Elf spogląda na nią dziwnie. Dotyka jej dłoni. Jego spojrzenie jest gorące, pełne czułości. Łowczyni spuszcza głowę.
- Orphinie… Zaśpiewaj mi coś, proszę…
Strażnik zamyśla się na chwilę. Bierze głęboki oddech i rozpoczyna pieśń. Wesołą i żywą, bo nie wszystkie utwory elfów są smutne. Dziewczyna słucha, zatapiając się we własnych myślach. Zamiast głosu Orphin słyszy Haldira. „Co się ze mną dzieje?” Jeszcze nigdy nie myślała o kimś tak intensywnie jak o nim… Z zadumy wyrywa ją cichy śmiech elfa. Niebo ciemnieje. Siedzieli tak przez cały dzień! Strażnik pomaga jej wstać. Obejmuje ją w pasie.
- Musimy wracać. Zaprowadzę cię do twojej nowej kwatery.
Idą cicho. Na niebie pojawiają pierwsze gwiazdy. Cichy szept wiatru. Kamienne stopnie. Srebrne pnie mallornów ginące w mroku, złote gwiazdeczki elanor. Miękkie poduszeczki mchu i aksamitnych traw przecina wstążeczka strumienia. Jeszcze jedne schody. Toron staje przy drewnianym mostku. Między krzewami stoi duży dom. Orphin otwiera drzwi. W środku jest wiele pokoi. Elf uśmiecha się.
- Tu mieszkają wyżsi rangą strażnicy. Chodźmy.
Prowadzi ją na piętro. Wprowadza do jasnej, przestronnej komnaty.
- Kwatera Haldira. Kazał ją przygotować dla ciebie.
- A gdzie on będzie mieszkał?
- W mniejszych pokojach obok.
- No a ty?
Strażnik wbija wzrok w podłogę.
- Mieszkam na tallarze. Nie mam dość wysokiego stopnia… Życzę ci dobrej nocy Quelle.
- Dobranoc Orphinie.
Dziewczyna rozgląda się. Siada na ławie. Rozplata włosy i wyciąga złocistą gwiazdeczkę kwiatu elanor. Zamyka ją w dłoniach. Opiera na nich głowę. Haldir oddał jej swoją kwaterę… Widzi jego mocną, smukłą sylwetkę, jasne srebrzyste włosy i brązowe oczy. Chciałaby usłyszeć jego dźwięczny głos. Usypia przytulona do Torona.

Haldir przeciąga się. To były dwa bardzo ciężkie dni. Ale mogą już wrócić do Kahres Galadhon. Zobaczy płowowłosą Quelle. Zauważył, że Orphin również jest nią zainteresowany. Ten sam Orphin, który nigdy nie zwracał uwagi na piękne elfki z Lothlorien, który nie poznał smaku miłości. A ona? Hmm… Dostrzegł w jej oczach zaciekawienie i ciepło. Zanurza dłonie w chłodnej wodzie. Zwilża twarz. Kropelki lśnią na aksamitnej skórze. Spogląda na księżyc i gwiazdy. Ciekawe czy ucieszy się z jego powrotu. Ubiera się. Przerzuca kołczan i łuk przez ramię i idzie w stronę kwater. Przez chwilę ma ochotę wejść do pokoju i choć raz na nią spojrzeć. Jego czułe ucho słyszy głęboki, spokojny oddech. Uśmiecha się z czułością. Znika za drzwiami swojego tymczasowego mieszkania. Budzi się wcześnie, Słońce dopiero wschodzi nad lasami Lothlorien.
Quelle otwiera oczy. Ziewa szeroko. Gładzi futro Torona. Słyszy ciche pukanie do drzwi. Do komnaty wchodzi Haldir. Uśmiecha się pięknie…

***************************
Srebrny blask księżyca mieni się w wodzie. Oświetla srebrzystowłosego elfa i smukłą dziewczynę. Trzymają się za ręce. W cieniu mallornów stoi ktoś jeszcze. Złocisty warkocz opada na ramię. Zielone oczy lśnią tęsknie. Przygląda się zapatrzonej w siebie parze. Pogodził się z tym już dawno. Tajemnicza nieznajoma wybrała jego brata. Nie chciała sprawić mu bólu, nie była świadoma jego uczuć. Najważniejsze, żeby byli szczęśliwi. Odwraca się i bezszelestnie odchodzi.

Quelle kładzie dłoń na szerokiej piersi Haldira. Musi wspiąć się na palce, aby sięgnąć jego ust. Elf uśmiecha się. Bierze ją w ramiona i wtula twarz w płowe włosy. Wdycha tak dobrze znany i miły mu zapach. Nawija na palec kosmyk jej włosów. Muska pocałunkiem gładką skórę. Dziewczyna mruczy cicho. Jak przyjemnie… Patrzy głęboko w brązowe oczy. Płonie w nich gorąca miłość. Łowczyni chce się odezwać, ale elf kładzie jej palec na ustach. Podnosi lekko i niesie w stronę kwater. Stawia dopiero za drzwiami komnaty. Uśmiecha się łobuzersko. Zrzuca płaszcz. Pomaga rozplątać rzemyki jej koszuli. Palce gładzą śniade ciało. Dziewczyna odwraca się lekko. Muska dłonią rozpalony tors. Lądują w miękkiej pościeli. Haldir pieści pocałunkami jej skórę. Łowczyni łaskocze go w spiczaste ucho. Drży, gdy dotyka jej piersi. Odpycha go lekko, ale on łapie ją za rękę. Patrząc głęboko w oczy całuje wnętrze dłoni…

**********************
Daltar stoi na balkonie. Słyszy szept… Głos wzywający go do działania. Prośba o pamięć… Wisior robi się ciepły. Wiatr bawi się srebrnymi włosami elfa. Szarpie ubranie. To jej głos… Kochanej Inte. Przymyka oczy. Unosi ręce. Wdycha zapach wody, ziemi i powietrza. Wychodzi z pałacu. Szepty nasilają się. Inte woła go. Między ciemnymi jodłami majaczy jej biała sylwetka. Obok niej targal. Przyśpiesza kroku. Wiatr pcha go do przodu łopocząc w połach płaszcza. Zjawa ogląda się. Jej kocie oczy lśnią lekko.
- Chodź Dalatarze… On… szykuje… Złe czasy…. Ango… Quelle w… w niebezpieczeństwie…
Elf nie rozumie wszystkiego. Widmo zatrzymuje się nad brzegiem maleńkiej sadzawki. Spogląda na niego. Gestem przywołuje do siebie.
- Popatrz… Popatrz…
- Inte! Nie odchodź!
Zjawa patrzy na niego ze smutkiem. Wiatr porywa suche liście. Otacza ją szarym wirem. Widmo kobiety rozpływa się. Targal również znika. Srebrnowłosy staje w miejscu, gdzie widniała przed chwilą zjawa jego żony. Trawa tutaj srebrzy się jak zanurzona w blasku gwiazd. Patrzy w ciemną toń sadzawki. Oczy zmieniają się. Uwidacznia się podobieństwo do rodu Targallów. Opuszcza powieki. Z pamięci wyłaniają się obrazy. Złotowłosa elfka uśmiechająca się promiennie, białowłosy mężczyzna stojący obok niej. Obejmujący czule. Patrzą na maleńkie dzieci. Dziewczynka przypomina ojca. Tylko włosy jak promienie słońca i oczy ciemne jak zmierzch. Jego rodzice i siostra Rawenna! Pamięta ich… I to jak ich stracił. Tak dawno o tym nie myślał. Prawie zapomniał, że jest pół krwi Targalem. Do wody sfruwa liść. Powierzchnia sadzawki marszczy się, ale szybko znów staje się gładka. Pojawiają się obrazy. Tak jak wcześniej widział swoich rodziców i siostrę, tak teraz ukazuje mu się Inte i jego dwie córki. Mała Quelle, która wdała się w matkę i jej starsza siostra Valpio. Musiał odejść zaraz po ich urodzeniu. Tak. Quelle ma wszystkie cechy rodu Targallów i nieco cech elfów. A Valpio?
Nick:Mel Dodano:2003-04-26 11:19:03 Wpis:Koffane Elfki (+ Arek) mnie się bardzo podoba nowa grafika szczególnie granacik a poza tym lubię zmiany co pewien czas (żebym tylko wiedziała jak gdzie wejść ). Świeci piękne słońce jest cieplutko i bardzo wiosennie. Zaczynają kwitnąć wiśnie i forsycje. Koffam wiosnę ... Na smuteczki i troski polecam "Zachcianki..." - bardzo pomaga . Nie pogadam z Wami dzisiaj ale bardzo Was koffam i już tęsknię... Narazki.
Nick:Haranye Dodano:2003-04-25 16:06:13 Wpis:Dziękuje za radę, ale ja Library of Moria znam bardzo dobrze a na twoją stronkę (właściwie najpierw Ani) trafiłam zastanawiając się czy jest coś takiego w Polskim Internecie...

Rozumiem, że to strona o Haldirze. To była raczej ogólna uwaga.

Odnośnie grafiki to... hmm... przyzwyczaiłam się.

I przepraszam, że pomyliłam cię z Hot...
Nick:Babajaga Dodano:2003-04-24 23:24:09 Url:www.haldir.prv.pl Wpis: dziękuę za opinie o gradice. Niestety tamta już mi sie znudziła i dlatego ją zmieniłam.

Jesli chodzi o slash to Legolas/Haldir nie jest moja ulubiona opcją (uwielbiam za to Glorfindel/Elrohir i wiele innych), ale jest to strona o Haldirze... niejako... em... nieważne. Continue. Strona jest o Haldirze więc slash zamieszczany tu jest związany własnie z tą postacią. Jesli masz dosyć tej pary to polecam świaetne archiwa na inncyh stronach (np. w Bibliotece Morii).

Mam dziś tzw. Yuki mood (~_^ Hot) i nie chce mi sie użerać z kimkolwiek.

A na wszystkich ortodoksyjnych fanów sie wypinam. Jest wiosna, a ja itak wiem swoje.

Babajaga in Yuki mood *_*
« 1 2 3 4 5 ... 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 30 31 32 33 34 »